Młody retor z Lubelszczyzny – wywiad z Michałem Wojciechem Tomaszem Barczakiem

Michał Wojciech Tomasz Barczak, który dołączył niedawno do Drużyny Pierścienia na Isidorium.info, jest, jak głosi kamienna tablica umieszczona na Wrotach Isidorium, utalentowanym retorem, współpracownikiem Radia Chrystusa Króla z Chicago, publicystą portalu Isidorium, znawcą teologii, filozofii, historii, literatury, poetą i kompozytorem, współprowadzącym podstronę Adhuc confitebor illi. Skąd się urwał ten przedstawiciel wymierającego gatunku dinozaurów wśród młodych? A może jest jedną z gwiazd nadziei dla tego pokolenia, który swoim przykładem może nas wiele nauczyć?

Norbert Sylwester Izydor Polak: Michale, zacznijmy od standardowych pytań, zanim nasi Czytelnicy spadną z krzeseł. A zatem – skąd pochodzisz, gdzie mieszkasz, ile masz lat?

Michał Wojciech Tomasz Barczak: Omijając zawiłe kwestie genealogiczne, większość moich przodków pochodzi z Lubelszczyzny, konkretnie z okolic Milejowa, gdzie również mieszkam. Lat natomiast mam siedemnaście.

NSIP: Mówią, że jesteś profesorem i znasz się na wszystkim. Czy to prawda? Skąd bowiem inaczej mogła się u Ciebie wziąć tak ogromna wiedza

MWTB: Od razu prostuję: jestem jedynie licealistą, stąd wykształcenie mam – według mej najlepszej wiedzy – póki co tylko gimnazjalne. Czy znam się na wszystkim? – również dementuję. Niech czują się zawiedzeni ci, którzy pragnęliby podyskutować ze mną na temat funkcjonowania silników odrzutowych albo rozmnażania roślin nagonasiennych – i na mnóstwo innych tematów, o których nie mam pojęcia. Wiedzę zaś jakąś tam mam, coś się tu i ówdzie jej skubnęło, ale żeby znowu nazywać ją szczególnie ogromną?…

NSIP: Do klasy o jakim profilu uczęszczasz? Skąd taki, a nie inny kierunek nauki?

MWTB: Chodzę do klasy o profilu humanistycznym (nieszczególnie lubię tę nazwę, gdyż nasuwa to skojarzenia z humanizmem renesansowym, podczas gdy zdecydowanie mi bliżej do średniowiecznego teocentryzmu). Rozszerzonymi przedmiotami są język polski, historia i wiedza o społeczeństwie, z przedmiotów natomiast dodatkowych mam łacinę i podstawy filozofii. Dwa elementy, które zaważyły na wyborze akurat tej klasy, to po pierwsze fakt obecności historii jako przedmiotu rozszerzonego, a po wtóre – język łaciński, którym już od dosyć dawna szczerze się interesuję.

NSIP: Osoby, które są tak ułożone, mimo swej ogromnej wiedzy i tego, że ciągle się im kadzi oraz że są w wieku, w którym najbardziej ludziom odbija (jakkolwiek to zwłaszcza 16-17 lat jest tym najniebezpieczniejszym), muszą pochodzić ze szczęśliwej rodziny. Czy mógłbyś nam trochę o niej opowiedzieć?

MWTB: Prawda, swoją rodzinę uważam za bardzo szczęśliwą; nieraz znajomi mówią mi, że sami chcieliby mieć podobną więź ze swoimi bliskimi. Za najważniejszą cechę swej familii uważam to, że jest nas dużo: mam czworo rodzeństwa, ale bynajmniej życie rodzinne ogranicza się tylko do nich! Równie ważne są głębokie relacje z dziadkami, wujostwem i stryjostwem, a także z dalszymi krewnymi, z których niektórzy mieszkają tuż obok. Trzeba tu zaznaczyć, że na Lubelszczyźnie bardzo powszechne jest nazywanie rodzeństw ciotecznych po prostu braćmi i siostrami (w wielu regionach mówi się na nich ,,kuzyni”), co odzwierciedla tutejszą – bardzo piękną skądinąd! – mentalność, pełną wzajemnej serdeczności. Ta mentalność panuje również wśród nas i jest to bardzo ważny element życia rodzinnego – ród jest jak świat, a poszczególne domy to zaprzyjaźnione ze sobą państwa.

NSIP: Powiedz mi, jak można tyle pisać na tylu różnych forach i zachować przy tym równowagę psychiczną? Czasem, gdzie nie wejdę, to tam Michał Barczak. Wchodzę na Telegram – Michał Barczak, wchodzę na inną grupę tej platformy, Michał Barczak, wchodzę na jeszcze inną – pomoc redakcyjna Michała Barczaka, wchodzę na Facebook’a – podobnie. I nie dość, że tyle piszesz, to jeszcze dobrze argumentujesz i przepięknie się wysławiasz. Czy jesteś następcą Grzegorza Brauna, który mówi o sobie: ,,Wędrowny Gaduła”?

MWTB: Jak zachować równowagę psychiczną? Nie uzależniać się. Już tłumaczę: jeżeli uważa się wyjście z jakiegoś forum za istotną stratę, już jest źle. Oznacza to bowiem, że dane forum weszło już w istotę danego człowieka, stało się czymś niejako go stanowiącym (czy jak powiedzieliby mędrkowie: konstytuującym) – a więc że istnienie tego kogoś stało się uzależnione od danego forum. Uzależnienia zaś trzeba unikać. Słusznie powiedział Pan Jezus: ,,Błogosławieni (czyli szczęśliwi) ubodzy w duchu” – czyli potrafiący żyć bez bogactw. Dana grupa internetowa jest rodzajem bogactwa, urozmaicenia. Umiejętność życia bez niej pozwala na bycie szczęśliwym. Dlatego wszystkie te grupy i fora traktuję jedynie jako dodatki, czasem przyjemne, ale niekonieczne. Gdy zaś zauważam, że od którejś czy któregoś coraz trudniej mi się oderwać – odrywam się odeń na pewien czas, by przypomnieć sobie wspomnianą ,,umiejętność życia bez”.
A czy jestem ,,Wędrownym Gadułą”? Gadułą na pewno, choć nietypowym. Bo przeważnie milczę bardzo długo i wręcz niewzruszenie, ale kiedy już ktoś mnie uprosi (albo sprowokuje), bym się wypowiedział, to nie ma odwrotu. Dlatego pozwalam się dodawać na różne grupy i fora, ale sam się nigdzie nie wpycham. Czasem wręcz proszę o uzasadnienie konieczności – nie chcę bowiem być przez internet pochłonięty (tym bardziej w czasie, gdy i nauczanie zdalne takim pochłonięciom wielce sprzyja).Tak więc jeśli już gdzieś wchodzę, to nigdy nie jest to bez przyczyny. Podobnie, gdy ktoś mnie prosi (albo prowokuje), bym coś wyjaśnił, wyjaśniam to tak, jak tylko potrafię najlepiej. Nieraz to wyjaśnianie ma formę dysputy, niemniej w dyskusji nigdy nie lubię wrogości wobec adwersarza. Adwersarz bowiem jest tym, o kogo się szczególnie w danym momencie troszczę – o czym świadczy fakt, że poświęcam dla niego swój czas. Dlatego też całą argumentację dobieram jak najstaranniej, bo po cóż marnować cenne chwile swego życia na to, by przedstawiać wywody, które mogą zostać za chwilę obalone przez najlżejszy choćby respons? Jeśli bowiem już coś koniecznie trzeba zrobić, to wypada przynajmniej zrobić to porządnie.

NSIP: Moja nauczycielka języka polskiego powiedziała kiedyś: ,,Nieważne, co czyta, ważne, by czytał”. Tym stwierdzeniem chciała zachęcić do poprawienia swoich kompetencji językowych. Mnie, przyznam, oburzyła taka sugestia. Jak Ty, Michale, widzisz tę problematykę? Czy wyobrażasz sobie czytanie erotyki Rafała Ziemkiewicza lub plującej na polskość, jednak noblistki, Olgi Tokarczuk? Ponoć to świetne dzieła znakomitych pisarzy…

MWTB: Utwór literacki ma formę i treść. Zatem wybitne dzieła zawsze można polecić co do formy, ale tylko niektóre – co do treści. Nie ma wątpliwości, że wiele dzieł niosących szkodliwe treści jest świetnie wykonanych pod względem formalnym. Wyjaśnię to na przykładzie kina propagandowego: nikt nie wymyślił tyle genialnych sposobów na przedstawianie scen filmowych, ile stworzyli reżyserzy filmów z komunistycznego ZSRR. Treść była zła – ale forma monumentalna. Czy zatem dobrze to oglądać? Trudno określić. Moim zdaniem należy zapoznawać się z formą, lecz zawsze bardzo uważać na treść. Niejedna bowiem trucizna miała dobry smak – co nie zmienia faktu, że dobry smak jako taki nie jest niczym złym.

NSIP: Książki czy media – co wolisz?

MWTB: Książki rzecz jasna.

NSIP: Nie mogę się jednak zgodzić z jedną rzeczą – Twoim zdaniem wulgaryzmy są dozwolone, gdyż opierają się na staropolszczyźnie. Czy jednak posługiwanie się plugawą mową jest dopuszczalne w jakiejkolwiek sytuacji? Czy nie lepiej napisać coś dobitnie, lecz w wielu słowach, niż emocjonalnie wyrazić się jakimś wulgaryzmem? Czy to nie jest też przywoływanie złych duchów? Nasza mowa nie powinna być agresywna.

MWTB: Powodem używania wulgaryzmów, który usprawiedliwia ich użycie, jest ekspresja. Niejednokrotnie jedno słowo nieprzyzwoite jest w stanie wyrazić więcej, niż tysiąc innych. Idzie jednak o to, że wulgaryzm – z natury przeznaczony do sytuacji ekstremalnie emocjonalnych – musi być używany tylko tam. Inaczej narusza się ład i porządek wypowiedzi. Stąd nie razi użycie takich wyrazów np. w jakiejś komedii, w scenie kłótni pomiędzy bohaterami. Należy przede wszystkim pamiętać, że to dawka decyduje o tym, czy coś jest lekarstwem, czy trucizną. Nieraz takie słowo po prostu paść musi (jak we fraszce Jana Kochanowskiego pt. ,,Na matematyka”). Nie zmienia to faktu, że w codziennym życiu należy takiej ekspresji unikać – inaczej ten piękny środek stylistyczny, jakim jest wulgaryzm (tak jest, jakkolwiek by to nie brzmiało!) stanie się li tylko wyrazem nieobycia i braku wychowania.

NSIP: Jesteś poetą i kompozytorem. Jakie wiersze piszesz i ile masz ich już w swoim dorobku? Co do bycia kompozytorem – ponoć piszesz nawet własne utwory muzyczne! Jak to możliwe?

MWTB: Wiersze zacząłem pisać, będąc bodaj w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Wówczas po prostu chciałem tworzyć coś, co ładnie brzmi – dlatego ćwiczyłem warsztat opisując sylwetki władców Polski; później przeszedłem do poezji religijnej, gdyż – nie potrafiąc nic skomponować – mimo to marzyłem, by usłyszeć kiedyś w kościele swe własne pieśni. Nie zmienia to faktu, że moje ówczesne wiersze były bardzo słabe i w ogóle nie zachowywały żadnego rytmu; nie rozumiałem jeszcze wtedy na czym on właściwie polega. Skupiałem się jedynie na rymach.Postanowiłem zrobić sobie ćwiczenie, które opisałem następująco: ,,Dzień bez wiersza dniem straconym”. Tak też codziennie, przez kilka miesięcy, pisałem nie mniej, niż dwie linijki na dobę (a przeważnie oczywiście więcej). To była najlepsza inicjatywa, jaką mogłem podjąć: przyznaję, że te utworki (a w każdym razie jakieś tam WYtworki, jeśli nawet nie POtworki) były niezmiernie słabe (czasem podczas porządków na takie się natykam i pobłażliwie z nich śmieję), ale dzięki systematyczności każdą nabywaną umiejętność trenowałem.Później przeszedłem na wyższy poziom. Zrozumiałem, o co chodzi w rytmie – niebagatelny wpływ na to miało zrozumienie przez mnie muzyki, stąd od razu o tym wspomnę: w szóstej klasie dostaliśmy do nauczenia się na lekcję muzyki utwór na flet; wcześniej nie rozumiałem w ogóle, na czym polegają nuty, czym właściwie są wysokości dźwięków i w ogóle byłem całkowicie niemuzykalny, i jedynie wiedzą o historii muzyki udawało mi się przebrnąć przez kolejne lekcje. Ale gdy moja Mama uczyła mnie tej melodii (pamiętam do dziś – była to ,,Cygańska ballada”; skądinąd chciałem się nauczyć tego na pamięć i zaniechać w ogóle starań o zrozumienie sztuki dźwięków), zainteresowałem się tym głębiej. Zadałem nowe pytanie: nie tylko JAK to grać – ale DLACZEGO właśnie tak? Wkrótce powoli przyswajałem sobie pryncypia rządzące muzyką, skomponowałem swą pierwszą przygrywkę, zacząłem pisać utwory monofoniczne, wkrótce homofoniczne (nie znając jeszcze tej nazwy) i w końcu polifoniczne (z czego największym jest Requiem d-moll na chór czterogłosowy).Powróćmy teraz do poezji – gdy pojąłem, o co chodzi w muzyce, wreszcie też zrozumiałem, na czym polega rytm. Odtąd nabrałem nieco więcej wyczucia (wersy przestały być czasem prawie dwudziestosylabowe), do tego polonistka tłumaczyła nieco na temat ilości zgłosek w linijce, co dokładnie zapamiętywałem. Będąc w pierwszej klasie gimnazjum, natrafiłem na stary podręcznik do literatury dla liceów; tam też znalazłem piękne sonety Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego. Zachwycony tą formą, napisałem – dokładnie kopiując przede wszystkim kluczowy układ rymów – swój pierwszy sonet, a właściwie pierwszy tryptyk sonetów: pierwszy wiersz o wierze, drugi o nadziei, trzeci o miłości. Regularnie się tym zajmowałem i nabrałem nieco wprawy. Dziś nie jest dla mnie żadnym problemem sklecić jakiś sonet w pół godziny, a wiersze umiem pisać od ręki – no, chyba że nie mam weny. Jednak i na to jest lekarstwo – lubię bowiem przekładać poezję z łaciny. Dotąd przetłumaczyłem Gaude Mater Polonia, oraz dwa hymny św. Tomasza z Akwinu: Adoro te devote i Verbum supernum prodiens – ale i sporo prozy, a także tekstów praktycznych, jak fragmenty Manuale sacrarum caeremoniarum, publikowane (i dalej tłumaczone) na podstronie ,,Adhuc confitebor illi”.

NSIP: Jaki jest Twój ulubiony rodzaj muzyki?

MWTB: Najbardziej lubię muzykę kościelną, osobliwie twórczość Jana Piotra Alojzego z Palestryny (czy z włoska Giovanniego Pierluigiego da Palestrina), ale za największego kompozytora wszech czasów uznaję Jana Sebastiana Bacha. Ileż się dzięki przepisywaniu jego nut nauczyłem!…

NSIP: Prowadzisz wspólnie z Karolem Dzięgielewskim podstronę ,,Adhuc confitebor illi” https://isidorium.info/aci/ . Skąd u Ciebie zamiłowanie do liturgii w tradycyjnym rycie?

MWTB: Jest to liturgia bezpośrednio wywodząca się z liturgii apostolskiej. We wszystkich jej elementach czuć historię – najstarsze obrzędy sięgają samych apostołów, niektóre pochodzą ze średniowiecza, każdy jednak ma niezwykle głęboką symbolikę. W liturgii nie ma przypadku – stąd zachwycają mnie np. rozróżnienia pokłonów głową. Wszystko ma sens. Ponieważ w końcu interesuję się historią – Msza klasyczna jest dla mnie po prostu gratką, jest historią całkowicie żywą, czuć w niej całe dwa tysiące lat chrześcijaństwa. Podobnie jest też ze wszystkimi innymi liturgiami Kościoła: czy to grecko-, czy ormiańsko-, czy koptyjsko-, czy maronicko-, czy syromalabarsko-, czy melchicko-, czy jakkolwiek jeszcze -katolickimi. Ale że szczególnie cenię Kościół rzymski (jestem zdecydowanym papistą i ultramontanistą) – to zajmuję się właśnie rytem rzymskim. (Na marginesie, przede wszystkim wprost uwielbiam temat liturgii papieskiej – biskup Rzymu odprawiający Mszę rzymską, i to jeszcze najlepiej w Rzymie, otoczony Najeminentniejszymi Panami Kardynałami Świętego RZYMSKIEGO Kościoła… Ach, jakież to piękne!)

NSIP: Jakie jest Twoje stanowisko wobec NOM? O to nieraz toczą się spory pomiędzy Katolikami.

MWTB: Nieraz się toczą, ale tego nie rozumiem. Żaden obrzęd ustanawiany przez Kościół nie może być bezbożny – taki jest dogmat wiary ogłoszony przez Sobór Trydencki. Jeżeli ktoś twierdzi, że NOM, mimo że ważnie ustanowiony, jest bezbożny – to taka osoba albo popełnia formalną herezję, albo czegoś nie rozumie i głosi fałsz. Tak więc NOM jest broniony – niektórzy by powiedzieli, że paradoksalnie – przez Sobór Trydencki.

NSIP: Jesteś ultramontanistą. Czy to nie zbyt radykalny kierunek?

MWTB: Nie. Ultramontanizm zakłada, że władza papieża sięga poza Państwo Kościelne, dosłownie ultra montes – poza góry, a mamy tu na myśli Alpy. Papież faktycznie jest – jak głosiła też formuła koronacji – ojcem książąt i królów, władcą świata, Wikariuszem Zbawiciela naszego Jezusa Chrystusa. Chrystus rządzi całym światem. Papież jest jego zastępcą. Z tego powodu papież ma zastępować Chrystusa w rządzeniu całym światem. I w Italii, i poza Alpami, i na wszystkich kontynentach. Dlatego ultramontanizm nie jest szczególnie radykalny – chyba że mamy na myśli radykalizm ewangeliczny. Jeśli tak – to jest to kierunek jak najradykalniejszy z możliwych – i zbawienny.

NSIP: Jaki masz stosunek do pontyfikatu Franciszka? I drugie pytanie – jakie masz podejście do Benedykta XVI i Franciszka? Wiesz, że krąży co najmniej kilka różnych teorii na ten temat.

MWTB: Papież Franciszek pada ofiarą licznych oszczerstw. Ostatnio chociażby widzieliśmy, jak wyrwano z kontekstu jego słowa o homoseksualnych dzieciach wyrzucanych z domów przez rodziny, i tam, gdzie mówił o tym, że powinna istnieć relacja pomiędzy rodzicami a dziećmi, przez wycięcie zasugerowano, jakoby mówił o związkach pomiędzy ludźmi tej samej płci. Co gorsza, sfałszowano jego słowa w błędnym tłumaczeniu na angielski, zamiast o związkach cywilnych (które i tak mają być między rodzicami a dziećmi) mówiąc o związkach partnerskich, co w oryginale nie padło. Warto co do ojca świętego zauważyć, że stosuje on zapomniane elementy liturgiczne, jak np. w czasie udzielania błogosławieństwa pontyfikalnego kreśli znak krzyża kciukiem na piersi na słowa Sit nomen Domini benedictum. Ponadto pozwolił na odprawianie Wielkiego Tygodnia wg ksiąg niezreformowanych przez Piusa XII. Dlatego też nie podzielam krytykanctwa wobec Jego Świątobliwości. Jeśli chodzi o Benedykta XVI, to jako papież – a wcześniej jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary – niezmordowanie stał na straży katolickiej doktryny. Ponadto powrócił do odprawiania liturgii ,,na bogato” – przywrócił mnóstwo zaniechanych wcześniej tradycji. Stąd zarówno jego, jak i jego następcę darzę dużym szacunkiem. A zresztą – jestem ultramontanistą, stąd cóż trzeba dodawać.

NSIP: Jakie jest Twoje podejście do: Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X, sedewakantystów, sedeprywacjonistów, utradycyjniania nowej liturgii wedle koncepcji kardynała Saraha i Benedykta XVI (tu reforma reformy)

MWTB: Bractwo Kapłańskie św. Piusa X powinno przejść do legalnej współpracy z Kościołem. Obecnie bowiem działają na granicy prawa kanonicznego – martwi fakt, że na przykład niegodziwie udzielają bierzmowań (zgodnie z KPK potrzebna jest na to zgoda ordynariusza kandydata, nadto biskupi z bractwa są suspendowani). Wiadomo też niestety, że FSSPX choć oficjalnie nie wyraża się co do kanonizacji nowych świętych, to liczni jego księża podważają te kanonizacje, choćby powołując się na bzdurny argument, że obecne kanonizacje mają procedury zbliżone do czasów wczesnego średniowiecza, kiedy to nie myślano, że są to akty nieomylne, a tylko procesy późniejsze mają przymiot nieomylności. W takim razie można zanegować wszystkich świętych kanonizowanych w starożytności i wczesnym średniowiecza, oraz oczywiście od czasów św. Pawła VI. Jest to oczywisty absurd, gdyż kanonizacje od zawsze były nieomylne (co znajduje potwierdzenie choćby w kilku fragmentach bulli Superna caelestis Sykstusa IV i w powszechnej opinii teologów); moim zdaniem jest to szukanie dziury w całym, a wręcz zahacza to o herezję, i to – co jest tu najbardziej kluczowe – herezję modernizmu: że wiara ma się dostosowywać do uczuć księży z FSSPX, którym nie podobają się nowe kanonizacje. Gwoli ścisłości: nie twierdzę, że FSSPX jest heretyckie, ale sygnalizuję pewne niepokojące sygnały.Sedewakantyści mają logiczne myślenie i cenię ich za bezkompromisowość w wierze. Nie zmienia to faktu, że sedewakantyzm jako taki jest schizmą i implikuje liczne niedorzeczności – np. że nie będzie już papieża, bo wszyscy kardynałowie z nominacji Piusa XII zmarli. Ponadto większość sedewakantystów kiedyś była normalnymi katolikami – jeśli jednak uważają oni, że obecna hierachia jest fałszywa, znaczy to, że byli w schizmie, a więc byli ,,ekskomunikowani”, a więc nasuwa się pytanie – kto ich zwolni z ,,ekskomuniki”? Stolica Apostolska, która jest nieobsadzona? Biskupi, którzy nie zostali mianowani przez papieża?
Sedeprywacjonizm zaś jest tak okrutnie przeciwny wierze katolickiej, że jest to nie do opisania. Nie ukrywam, że najlepiej zwalczają sedeprywacjonistów sedewakantyści, za co trzeba być im wdzięcznym. O ile sedewakantyzm to schizma, o tyle sedeprywacjonizm jeśli nie jest herezją, to przynajmniej nią tchnie.Natomiast pomysły Benedykta XVI i kard. Saraha są jak najbardziej godne poparcia.

NSIP: A jaki masz stosunek do Księdza doktora habilitowanego Piotra Marii Natanka, do Księdza Jacka Międlara, do ojca Augustyna Pelanowskiego, do Księdza arcybiskupa Jana Pawła Lengi, do Księdza Michała Woźnickiego, do Księdza Jarosława Cieleckiego i do starokatolików? Wiem, że będziesz musiał się rozpisać, ale jestem bardzo ciekaw Twojego podejścia.

MWTB: Zatem po kolei – ks. Natanek mówi sporo mądrych rzeczy, niestety głosi też rzekome ,,objawienia”, na podstawie których czyni z bardzo poważnych spraw groteskę. A szkoda. Niemniej odkąd został suspendowany, dzieje się w jego środowisku źle. Tak zawsze się kończy działanie bez jedności z Kościołem – ks. Natanek powinien był się zachować jak św. Ojciec Pius (czy z włoska Pio): słuchać władzy nawet, jeśli jemu wydaje się inaczej; a nawet, jeśli ma rację. Niezależnie od prywatnych opinii na temat przełożonych, choćby i były zgodne z prawdą, przełożony jest przełożonym. Zresztą Ewa też myślała, że jabłko jest smaczne…Ks. Międlar niestety bardzo upadł. Zapowiadał się jako dobry kapłan, ale nie widząc ,,perspektyw” wystąpił z szeregów duchowieństwa niczym z jakiegoś zakładu pracy. Potem jeszcze znalazł sobie kobietę i publicznie chwalił się dzieckiem, a przecież bez związku małżeńskiego. Potrzebuje on szczególnej modlitwy, by przestał w ten sposób żyć i jeszcze chwalić się de facto tym, że zgrzeszył.
Sprawy o. Augustyna Pelanowskiego nie znam na tyle dokładnie, by powiedzieć coś więcej, więc ograniczę się do stwierdzenia, że niezależnie od decyzji przełożonych, póki nie są nakazem grzechu, trzeba się do nich stosować.Ks. abp Jan Paweł Lenga mówi bardzo wiele bardzo mądrych rzeczy i szczerze go cenię. Praktycznie nie mam do niego żadnych zastrzeżeń, jedynie nieco zbyt mocno odnosi się do papieża – nieproporcjonalnie do konieczności.O ks. Michale Woźnickim w kontekście jego niedawnego wyniesienia przez policję pisałem już w artykule https://isidorium.info/2020/10/22/ks-woznicki-wyniesiony-sprzed-oltarza/ , niemniej powtórzę: bezprawnie przebywa w domu księży salezjanów, bezprawnie odprawia Msze święte i niepotrzebnie ośmiesza środowiska tradycji katolickiej. Słychać to zwłaszcza w jego kazaniach. Jak wspomniałem – bez jedności z Kościołem zawsze tak się kończy.Sprawy ks. Jarosława Cieleckiego nie znam, stąd nie chcę powiedzieć czegokolwiek wynikającego z ignorancji.Starokatolicy natomiast są to po prostu heretycy i schizmatycy. Jak wiemy, ich ruch powstał w ramach oburzenia tym, że SOBÓR stwierdził nieomylność papieża, podczas gdy oni są w stanie uznać co najwyższej nieomylność soboru. Absurd? Absurd. Odeszli od wiary i od razu ich społeczność się podzieliła. Bo gdzie nie ma Piotra – nie ma Kościoła. Św. Hieronim miał rację.

NSIP: Jak zapatrujesz się na ekumenizm z Kościołem Prawosławnym

MWTB: Ekumenizm pochodzi od greckiego oikomene, oznaczającego tu mniej więcej tyle, ile ognisko domowe. Tym ogniskiem jest Kościół katolicki. Bardzo bym pragnął, by do tego ogniska powrócili i prawosławni – ale nie można tu mieć innej metody, niż metoda Soboru Florenckiego; każda inna jest zgubna. Oto Sobór Florencki po kolei wyjaśnił Grekom wszystkie ich błędy, oni zaś po długich dyskusjach we wszystkim przyznali rację katolikom – i wszyscy, z wyjątkiem nieszczęsnego Marka z Efezu, podpisali unię. Cały prawosławny świat z pewnością pozostałby przy tej chwalebnej unii, gdyby nie sprzeciw rzeczonego Marka, który wkrótce znalazł pretekst polityczny, aby rozbić jedność Kościoła. Niestety, udało mu się to.Trzeba pamiętać, że nie ma innej drogi, niż przyjęcie prawosławnych do siebie – nie możemy pozwolić, by byli poza naszym ogniskiem domowym, bo tylko nasz Kościół jest tym prawdziwym. Nie jest to mój wymysł – każdy z nas co tydzień mówi: ,,Wierzę w JEDEN (…) Kościół”. Jeden. Chrystus ma tylko jedną Oblubienicę.Dlatego jeśli chodzi o relacje z prawosławiem – a także z odciętymi Ormianami i Koptami – jestem nieodmiennie zwolennikiem wspaniałej drogi wytyczonej przez wielkiego papieża Eugeniusza IV.

NSIP: Jak widzisz swoją przyszłość? Jak chciałbyś się spełniać życiowo?

MWTB: Cóż, przyszłości nikt nie jest w stanie przewidzieć. Niemniej to, co mogę powiedzieć, to to, iż pragnąłbym działać w dziedzinach, w których już pewne umiejętności zdobyłem. Wśród nich jest i teologia (choć – jak pisał ksiądz Chmielowski w niezapomnianych ,,Nowych Atenach” – ,,teolog w Boskich sprawach idiota”), i sztuka – sztuka, która jest służebnicą tego, do czego teologia dochodzi: teologia dąży do poznania Boga, a sztuka przedstawia Go wyobraźni człowieka. Celem życia jest służba Bogu – ma być ono niejako ofiarą złożoną przed Boskim obliczem. Stąd mam nadzieję, że ofiara, którą złożę, będzie jak najdoskonalsza.

NSIP: Michale Drogi, ,,wielkie Bóg zapłać” za ten cenny wywiad! Pewnie Cię wykończyłem ich skalą? A zatem jeszcze jedno pytanie: czy masz jakieś słowo na koniec lub pozdrowienia?

MWTB: Przede wszystkim pozdrowienia dla wszystkich Czytelników, a najbardziej dla tych, których znam osobiście. No i oczywiście – zapraszam do śledzenia nowych wpisów na Adhuc confitebor illi!

Tu link do tekstów młodego retora z Lubelszczyzny na portalu Isidorium: https://isidorium.info/author/michawbarczak/

Leave a Reply

%d bloggers like this: