Ks. Kobyliński: Udajemy, że nic się nie dzieje, to odchodzą z Kościoła. Łucznik Izydor: Nie tylko Jan Paweł II jest Święty

Uwaga, teraz napiszę kilka rzeczy bezwzględnie. To nie jest tekst ociekający dyplomacją. Część osób powie, że obrażam tu wszystkich, kogo się da, również siebie. Dlatego zapraszam do przeczytania tylko tych, co wyciągają wnioski nie na podstawie jakiegoś słowa, czy jednego zdania, ale tych, co odnoszą się do całości (i nie na zasadzie: ,,Ah, byleby nikogo nie urazić, byleby była miła atmosfera i w ogóle ,,lajcik”…”).

Ksiądz prof. Andrzej Kobyliński z Uniwersytetu Stefana Kardynała Wyszyńskiego na łamach DoRzeczy.pl zauważył, że w Polsce odchodzi się od Kościoła jako instytucji i że nigdy jeszcze nie było wśród Polaków tylu ateistów, agnostyków i obojętnych religijnie, co w naszych czasach. Zgadzam się i dodam, że przekonania te umacniają brak konsekwencji i brak celu. A to z kolei wynika z zarzucenia przez ludzi Kościoła tradycyjnej nauki, uwaga, nie nauczania! Nie chodzi o to, by wracać do tych samych form, ale by wieczne treści wkładać w nowe formy. Ale trzeba sobie zdać sprawę, że mamy teraz kogel-mogel w głowach zahaczający o myślenie o kosmitach. Kierujemy się tym, co chwilowe, co dostarcza przyjemności, pobudza, daje atrakcyjne bodźce. A nie myślimy po chłopsku, w sposób prosty. (Uwaga, teraz obrażająco, dla niektórych, zastereotypizuję, lecz proszę czytać całość i pomyśleć, czy miejsce, gdzie mieszkamy, rzeczywiście na to nie wpływa. Każde ma swoje plusy i minusy. A teraz możecie mnie zeżreć…). Dlatego ludzie na wsi mogą mieć mniejszą wiedzę i być mniej inteligentni, mniej rozgarnięci w savoir vivre i kiepscy z komunikowania medialnego. Natomiast i tak górują nad mieszczuchami, gdyż mają przewagę mądrości życiowej, zdroworozsądkowego myślenia dzięki byciu blisko przyrody i są zaradni życiowo, a nie nastawieni na mieszczańskie przeintelektualizowanie, a więc są naturalni. I mówię to jako mieszczuch i inteligent, który uznaje się za zwykłego chłopa, ale mu nie wychodzi.

Nie twierdzę, że wszyscy zatem powinni się jeszcze dziś spakować, pojechać na wieś, przenosić gnój i stać się chłopami. Ani też, że wszystkie zwyczaje ludzi mieszkających na wsi powinny teraz wyprzeć sztucznie wytworzone obyczaje salonu, bo te blisko ,,łona natury” są… naturalne. Po to mamy cywilizację, by brać to, co proste i szlachetne, by porządkować życie według prawdy, ale i by doskonalić nasze zachowanie. To jest wyrabianie w sobie czystości i szlachetności. Chodzi zatem o powrót do zasad greckiej cywilizacji, klasycznej, prostej, jasnej, opartej na prawdzie, dobru i pięknie. Pokazującej pewne kanony, podstawowe wytyczne, by coś uznać za szlachetne, a więc właśnie i zgodne z prawdą i dobre i zachwycające pięknem. Tyle. Można powiedzieć komicznie w tym kontekście – żadnej filozofii!

Ale sama grecka cywilizacja nie wystarczy. Dlatego trzeba zdobyć wyższy poziom i dodać do tego moralność. A za podstawę obrać sobie logiczną konsekwencję: skoro materia sama z siebie stworzyć się nie mogła, bo coś musiało stworzyć materię, to znaczy, że musiał być duch, coś pozamaterialnego. I nie mówcie mi o czarnej dziurze – to też materia. A jak powiecie, że to energia i ciemna masa, więc inny czynnik, to ja Was spytam: A skąd ona wyszła? To jak mogła wpływać na materię, jeśli sama nie była materią? I znowu dochodzimy, że na początku musiał być duch. Tylko nie taki bezwładny, bo to by było nielogiczne, niekonsekwentne i bez sensu. Oczywiście można sobie dalej gdybać i iść myślami w nicość, czyli np. w latającego potwora sphaghetti… Ale chyba nie chcemy być ludźmi nie myślącymi i niekonkretnymi? A zatem dochodzimy do prostego wniosku, że musiał to być Duch dużą literą pisany. A zatem Istota Wyższa, a konkretnie Bóg. Tu już oczywiście potrzeba wiary, ale jak ktoś popatrzy choćby na setki proroctw, które wypełnił Jezus, to prawdopodobieństwo z samego rozumu i nauki, że to Katolicyzm przekazuje pełną prawdę i tylko prawdę, jest niewiarygodnie wysokie. Trzeba tylko łaski wiary, a więc własnej pokory, by poprosić o to Boga, byśmy się otworzyli na życie w pełni.

Dobrze, taki wstęp, starałem się maksymalnie skrócić. Co dalej mówił Ks. prof. Kobyliński? Powiedział, że będą toczone bratobójcze walki między konserwatywnymi a liberalnymi Katolikami. I to jest prawda, choć owa rzecz już się dzieje. Tłuczenie się między ,,trydenciarzami” a ,,novusovcami”, ojcem Szustakiem a całym gronem youtuberów, pomiędzy ,,moherowymi beretami” a ,,pięknymi i wrażliwymi” itp. itd. Tylko że podział w Kościele nie dokonuje się na konserwatywnych i liberalnych Katolików, ale wygląda tak: stawiający Boga na pierwszym miejscu, przystępujący do Sakramentów i żyjący dobrze moralnie kontra stawiający człowieka na pierwszym miejscu, traktujący modlitwę jako sprawę prywatną i wyznający poglądy sprzeczne z nauką Kościoła. W sumie to porównanie coraz bardziej przypomina inne, wedle opisu prof. Plinio Correi de Oliveiry, czyli na kontrrewolucjonistów i rewolucjonistów i tych, co aspirują do jednej z tych dwóch grup, ale wówczas dalej będąc rewolucjonistami. Nie da się bowiem czegoś uszczknąć z prawdy, w której powinno się żyć – inaczej człowiek umiera z trucizną w środku. Tak samo jeden grzech śmiertelny zamyka drogę do Nieba, a otwiera na piekło. Rzecz jasna, każdy może się nawrócić. Wiadomo, nikt z nas nie jest Bogiem. Ale nie wolno sobie drwić z miłosierdzia Bożego, gdyż jest to już kolejny grzech, grzech zuchwałości wobec Ducha Świętego. Generalnie – czemu nie możemy być jedno? Czemu nie możemy zauważyć, że skoro spełniamy te trzy wyżej wymienione warunki, nawet w innych rytach (vetus a novus na przykład), to jesteśmy jedno? Dlatego, że nie przyjmujemy pełnej prawdy, czyli patrzenia oczami Bożymi. Mamlamy językiem zamiast się za kogoś pomodlić, gdyż jesteśmy przekonani o własnej wyższości, że to my znamy już wszelką możliwą prawdę katolicką i znamy cały Katechizm nawet go nie wertując, poza fragmentami… Albo traktujemy wiarę jako coś nie wymagającego, nie odnoszącego się do przestrzeni i tzw. prywatnej i publicznej. Nie widzimy, że człowiek to nie tylko osoba, ale i istota społeczna. Powinniśmy się cieszyć, że mamy wolę ku temu samemu, nawet jeśli nie wiemy wszystkiego. Na pewno wzorem jest nie pysznienie się, ale pokorne służenie wiedzą i własnym przykładem. W cierpliwości i życzliwości wobec drugiego. jesteśmy braćmi i siostrami, a nie żadnymi wzajemnie oskarżającymi się o modernizm heretykami? I należy do tego dodać oczywiście podstawowe pojęcia wolności i sprawiedliwości – nie można być ani zakutym łbem ani miałkim koteczkiem. Trzeba być odpowiedzialnym za dar i za karę. I błagać Dobrego Ojca o miłosierdzie.

Nie zgadzam się jednak ze stereotypowym obrazem zawartym we wspomnianym artykule. Chodzi o wniosek, że nie można wyciągać wniosków na temat społeczeństwa ze starć między lewicowymi anarchistami a narodowcami. Ci pierwsi nieraz sami wpadają w automatyczną ekskomunikę i niech lepiej czym prędzej idą do kapłanów, by szybko rozeznali ich sytuację i rozgrzeszyli lub skierowali do biskupa. Inaczej mogą stracić na zawsze Niebo, które w swym materialnym lustrze tak cierpliwie czekało nad ich głowami. Jak umrą, to dokąd trafią? Choćby z rachunku prawdopodobieństwa łatwo to wyczytać. Wiem, wiem – Izydor znowu sam wszystkich potępia… A może po prostu dbam nie tylko o ciało, ale i o duszę? I jestem konsekwentny mówiąc, że np. aborcja to jest zło i w wymiarze duchowym, ale i w wymiarze psychicznym (syndrom postaborcyjny), jak i cielesnym (zwiększone ryzyko zapadnięcia na różne choroby lub uszkodzenie narządów wewnętrznych – mam badania w szafie, nie chce mi się teraz tego wszystkiego wyciągać; uprzedzając złośliwe żarty – nie, to nie są moje badania). Nie chcę, by ktokolwiek trafił do piekła. Nie życzę tego nikomu, choćby najgorszemu wrogowi. Pragnę, by każdy był szczęśliwy, ale szczęśliwym można być tylko w prawdzie, pełnej prawdzie, a nie tylko tej, która wzbudza u mnie największe emocje. I właśnie, jeśli chodzi o wspomniane stereotypizowanie, czyli o narodowców – właśnie, czy to jest jakaś ,,skrajna prawica”? Czy przypadkiem to nie są najgorliwsi synowie tego Narodu? Czy to nie są pierwsi ochotnicy do walki o naszą Matkę Ojczyznę? Czy nie należałoby by ich raczej wyszlifować? Czy nie należałoby z nich uczynić czystej, szlachetnej armii, dzięki czemu nie byliby dumą nie tylko dla siebie, ale i dla całego społeczeństwa? Może zamiast tak narzekać na narodowców tylko dlatego, że wielu Katolików to pacyfiści (a z tego, co mi się wydaje, pacyfizm to herezja potępiona przez Kościół – kto ma informacje, niech napisze w komentarzu, by doprecyzować lub obalić to stwierdzenie), to może powróćmy do ducha Kościoła Pielgrzymującego w taki sposób, by nie zapominać, że starszą jego nazwą jest Kościół Walczący? Powróćmy do ducha Krucjat na rycerskich zasadach – czyli do tego, co wykształciła Christanitas na przestrzeni wieków, szlifując dzięki temu barbarzyńskie ludy na perły przynoszące ukojenie szpitalną posługą i ratunkiem z ręki islamistów – wbrew lewicowo-liberalnej propagandzie sprzedajnych jak prostytutki tych naukowców, którzy głoszą takie brednie i ludzi mediów, którzy są niemniej głupi od nieraz opisywanych przez nich hord barbarzyńców skandujących na ulicach zdemoralizowanych i wkrótce upadłych miast… (Hej, żeby ktoś mi tu zaraz nie powiedział, że mam na myśli wspominanego Księdza profesora, wymieniając wśród negatywnych postaci sprzedajnych profesorów, gdyż oczywiste jest, że nie wsztyscy profesorowie tacy są – ale mówię to tak dla złośliwie inteligentnych, którzy zaraz będą krzyczeli ,,Skandal! Co ten łucznik vel Izydor vel telewizja Plenitudo napisał?!”).

Ksiądz Kobyliński zaznaczył, że mimo wycofania się w polskim Kościele z pomysłu przenoszenia Księży z parafii na inną parafię, co stało się dzięki naciskowi Watykanu i opinii publicznej, nic nie zmieniło się w mentalności większości duchownych, dalej nie jest to traktowane jako poważny problem, a szuka się kozła ofiarnego, jak np. Księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, wobec którego wystosowano absurdalny pozew sądowy ze strony tarnowskiej kurii. Najważniejszy bowiem jest ,,święty spokój”… Tak, zgadzam się, trzeba przestać chować owe sprawy pod dywan. Inaczej kiedyś to wszystko wybuchnie z tak gwałtowną siłą, że wiele złego się podzieje. Nie można udawać, że problemu nie ma. Jak to mówił nam pewien doświadczony kapłan, profesor i rzecznik prasowy pewnej archidiecezji, w takich sytuacjach należy natychmiast zwołać konferencję prasową i podjąć konkretne działania. Inaczej znowu będą się pastwili w jakichś TVN-ach, a nasi będą chodzili po lewackich stacjach i tłumaczyli się w nieskończoność, jakoby przez to emocje miały opaść. Tu już słowa nie wystarczą. Trzeba ponieść odpowiedzialność. Lepiej się przyznać – takiego człowieka bardziej się ceni. Wiadomo, że nie wszystko można ujawniać ze względu na dobro pokrzywdzonych, ale jak wiele można zrobić w tej kwestii i sprawić, by ludzie znowu odzyskali zaufanie do Kościoła. Inaczej będziemy do końca zakładnikami tych czy tamtych, aż w końcu ktoś ,,przestawi wajchę” i tak wszystko się rozwali.

Co ciekawe, wykładowca UKSW podzielił się wieściami, że ,,National Catholic Reporter” wystosował apel do biskupów, by zakazali publicznego kultu Świętego Jana Pawła II. Ksiądz profesor zauważył, że papież też popełniał błędy, a doskonały jest tylko Bóg. I to jest ważna kwestia, o której sam pisałem. Czemu bowiem wszyscy mówią o Świętym Janie Pawle II, że on powiedział to, że powiedział tamto, że on był tu, on był tam, aż dochodzimy do żartów w stylu: A wiecie, że Jan Paweł II na śniadanie 19 listopada 1987 roku zjadł… Zupełnie, jakby innych Świętych nie było. A potem się dziwić, że pojawia się mnóstwo memów, często niegodziwych lub wręcz atakuje się go i podważa Świętość. A czemu mamy się dziwić? Tego kultu jest tak duży przesyt, że jak kiedyś chciałem sprzedać książki, w tym jedną o Janie Pawle II, to mi antykwariusz powiedział, że absolutnie, one się już w ogóle nie sprzedają… Jakoś nie zauważyłem, by podczas swojego życia Jan Paweł II jakoś centrował się, by być obiektem westchnień i uwielbienia, gdyż raczej kierował do przykładu życia innych, już wówczas Świętych postaci. Święty Jan Paweł II jest dla nas wzorem i wiele cierpiał. Moim zdaniem wiedział o wielu rzeczach, o których nie mógł mówić, inaczej groziłoby to rozpadem Kościoła. Mógł tylko cierpieć i modlić się. Poza tym, tak uważam, był otoczony przez masonów, dlatego tyle pielgrzymował, by uciec z Watykanu, gdyż tam nie mógł nic zrobić, a na zewnątrz mógł poruszyć i rzeczywiście poruszał miliony serc. Poza tym wiadomości do niego były blokowane, żeby wymienić tylko przykład jego przyjaciółki, dr Wandy Półtawskiej, która musiała osobiście udać się do Rzymu i czekać tak długo, aż bezpośrednio twarzą w twarz odczyta mu list o nieprawidłowościach wśród duchowieństwa w Polsce. Wedle pogłosek, podpisywał np. pozwolenie udzielania Komunii Świętej na rękę, choć… Wcale tego nie podpisywał, a w jednej z zakrywanych homilii wręcz przestrzegał przed tą praktyką. Podkreślę jeszcze jedną rzecz – robimy z niego kult kremówkowy, miłego, wspomnieniowego Katolicyzmu, ale nie pamiętamy o trudnych i bogatych prawdach wiary, których nauczał. Czy naprawdę myślicie, że kogokolwiek z młodych obchodzą te ciągłe opowiadania o tym, jak to Jan Paweł II przybył do Polski i powiedział… I że Wy to pamiętacie? Kogo to ciągle obchodzi? Młodzi wolą sobie z niego memy robić, a potem słuchają TVN-ów, które nawalają w Kościół. I przestańmy wreszcie podkreślać tylko jego humanistyczne, ekumeniczne, dialogowo-międzyreligijne przesłanie! Ludzie, ileż można?! Zupełnie, jakby jego nauczanie moralne i kierowanie do Chrystusa były tylko straszakiem, który od czasu do czasu wypada wspomnieć… Douczmy się wszyscy, bo Kościół nie zaczął się od Soboru Watykańskiego II i jedynym Świętym nie jest kremówkowo-życzeniowo-wspomnieniowy Jan Paweł II. To był wielki papież, którego przesłania nie chcieliśmy słuchać, bo zależało nam tylko na naszych ckliwych serduszkach. Zacznijmy poważnie traktować Wspólnotę Nieba, w której on jest jedynie jedną z gwiazd święcących nam na drodze do wiary rozumnej.

Redaktor portalu DoRzeczy.pl (nie widzę jednak kto konkretnie, chyba że jestem ślepy, ale jeśli nie jestem, to słabo z redakcją portalu) słusznie zauważył, że w ostatnich latach było za dużo tego janopawłowego, wypominkowego przesłania ze strony ludzi Kościoła, a za mało nauczania moralnego i społecznego, a więc, dodam, unikania tematu publicznych grzechów wołających wręcz o pomstę do Nieba w swej perfidności. O dziwo jednak redaktor ów stwierdził, że niby za dużo było skupiania się na objawieniach prywatnych i mistycyzmie. Nie wiem, co miał na myśli, ale to brzmi co najmniej niepoważnie. Z mego doświadczenia wynika, że generalnie duchowni zwalczali objawienia prywatne. A mistycyzm? Nie wiem, o co chodzi, ale chyba nie jest to tym samym, co charyzmatyzm, o którym mówił dalej Ksiądz profesor Kobyliński. Prawdziwy mistycyzm to mieliśmy np. w baroku, teraz mało kogo obchodzi mistycyzm, niestety. Albo przychodzi do mnie kapłan, który stwierdza, że wraz ze współbratem doszli do wniosku, iże rzekomo to uczynki miłosierne względem ciała są ważniejsze niż uczynki względem duszy (Święty Augustyn stwierdziłby, że to wpływy pogańskie w myśleniu, o ile nie dostałby zawału), czyli opieramy się coraz bardziej na materii i ciele, albo gadają do mnie ludzie, którzy mówią, iż ,,czują, że nie wypada to czy tamto”. I te dwie postawy na pewno nie są mistycyzmem, gdyż on jest głębokim obcowaniem z Bogiem. Owszem, mamy mistyków i część z nich pewnie jest fałszywa, ale żeby z jednej strony mówić, że 99% albo wszystkie dzisiejsze objawienia są fałszywe (autentycznie) albo z drugiej strony chwytać się każdych i nie widzieć w nich sprzeczności ani tworzenia tylko większego zamieszania w swoim życiu i życia jadem hejtu wydobywającego się z tych rzekomych objawień. Sam Ksiądz prof. Kobyliński słusznie odparł, że zła jest coraz bardziej wyraźna pentekostalizacja Kościoła Katolickiego, a jak inni mówią, protestantyzacja. Z tymże ja bym uważał, kto rzeczywiście szerzy niebezpieczny, niekatolicki charyzmatyzm, a kto zdrowe oddanie się Duchowi Świętemu. Te wszystkie histeryczne śmiechy, upadanie na podłogę czy trzęsienie się z rzekomej radości wzbudzają poważne wątpliwości. Natomiast nie można twierdzić, że to jest to samo, co picie wody egzorcyzmowanej czy stosowanie soli egzorcyzmowanej lub koncentrowanie się na złych duchach. Owszem, to ostatnie nie może przeważać nad światłą stroną życia, którą jest Królestwo Niebieskie i jego przebogate społeczeństwo, ale niemówienie o tym jest jak sprowadzanie złego zachowania tylko do psychologicznych wymiarów natury człowieka i zimno-rozumowego postrzegania otaczającej nas rzeczywistości, przy której anioł stróż staje się jedynie jakimś symbolem. Co do wspomnianych wody i soli egzorcyzmowanej, są to sakramentalia Kościoła, których zdecydowana większość Księży boi się używać, bo… nie wie, jak. A wierni bardziej wierzą w ich moc, niż ci, którzy powinni oczyszczać ludzi, miejsca i przedmioty mocą swej kapłańskiej władzy danej od Chrystusa. Owszem, mam nadzieję, że Ksiądz Andrzej miał na myśli to, że mamy zwykłe środki do prowadzenia bogobojnego i szczęśliwego życia, jak obecność na Mszach Świętych, Sakramenty i znajomość chociażby Katechizmu, a z tych to środków zapominamy korzystać.

Niezwykle mocno, lecz słusznie stwierdził Ksiądz Kobyliński, że obecne wychowanie religijne młodzieży prowadzi do… masowej ateizacji. Podkreślił, że mówi o tym od kilkunastu lat i że proponuje wprowadzić model włoski, w którym jedna godzina religii jest ze świeckim katechetą w szkole, a jedna z kapłanem i katechetą w salce parafialnej. I dobrą radą, jakiej udzielił, jest uwaga o konieczności odbudowania życia młodych w parafii.

Ksiądz profesor ocenił, że nie dojdzie do wariantu chilijskiego w naszym kraju, czyli złożenia dymisji przez cały Episkopat, gdzie Franciszek przyjął rezygnację tylko kilku hierarchów, którzy na dodatek byli tuż przed emeryturą. Według kapłana Polska ma małe znaczenie w Watykanie i bardziej należy samemu rozwiązać problem oczyszczenia polskiego Kościoła. Przestrzegł również przed możliwą Komisją Majątkową, pomijając już ujawnianie skandali obyczajowych czy finansowych, o czym także wspomniał.

Ksiądz profesor Andrzej Kobyliński powiedział, że od 20 lat odważnie mówi o problemach związanych z pedofilią, współpracy agenturalnej duchownych ze służbami komunistycznymi, nadużyciach finansowych czy molestowaniu sióstr zakonnych. Przez to stracił prawie wszystkich przyjaciół. Co zabawne, nie chcieli tego słuchać gorliwi Katolicy.

Mój artykuł publicystyczny oparłem o ten wywiad: https://dorzeczy.pl/kraj/161687/ks-prof-kobylinski-to-najglebszy-kryzys-w-historii-polskiego-katolicyzmu.html

Leave a Reply

%d bloggers like this: