Czemu Polacy nie ufają Kościołowi?

W ostatnim czasie na zlecenie „Rzeczypospolitej” IBRiS przeprowadził sondaż, w którym spytano Polaków o ich stosunek do Kościoła. Odpowiedzi rozłożyły się prawie po równo między ocenę pozytywną, neutralną, a negatywną. Szczególnie niepokojący natomiast jest fakt, że aż 47% młodych jest wobec Kościoła nieprzychylna.

W czasach PRL-u Kościół katolicki miał poparcie niemal w całym społeczeństwie, nawet wśród osób prywatnie niewierzących. Był on bowiem jedyną instytucją na tyle silną, by móc samodzielnie skutecznie przeciwstawiać się władzom. W związku z tym oczywiste było, że ludzie – zdający sobie sprawę z całego zła ówczesnego systemu – będą szukali oparcia właśnie w nim. Sytuacja jednak zmieniła się po przemianie ustrojowej.

Paradoksalnie, gdy skończyły się czasy państwa z natury wrogiego katolicyzmowi, tenże katolicyzm wśród narodu zaczął… ziębnąć. Poprzednia żarliwość powoli gasła; proces ów trwał przez kilkadziesiąt lat i poważnie zaczął doskwierać dopiero w latach dziesiątych bieżącego wieku. Czym to wyjaśnić? Brakiem elementu, przeciwko któremu można się zjednoczyć. Wiadomo bowiem, że nic tak nie spaja, jak wspólny wróg – którym niegdyś był komunizm. Podobny mechanizm mogliśmy obserwować w starożytnym Rzymie: dopóty, dopóki za chrześcijaństwo groziła śmierć, wszyscy trwali w wierze mocno, często aż do okrutnej, męczeńskiej śmierci; kiedy zaś religię Chrystusową zalegalizowano, stopniowo zaczęły się pojawiać odstępstwa, herezje czy schizmy, a gorliwość nie miała już takiej siły. Ktoś jednak spyta: „czy zatem nie należy prześladować Kościoła, by miał lepszych członków?”. Odpowiedź jest jasna – nie. Kościół musi cieszyć się wszelką wolnością, konieczną mu do zbawiania dusz – taka jest jego misja nadana przez Zbawiciela. Za to ludzie muszą zrozumieć, że Kościół nie jest dany na ciężkie czasy, ale na każde czasy.

Przez wszystkie mijające lata – co zauważa wielu komentatorów – spora część duchownych sądziła, że wiara w narodzie ma się dobrze. Faktycznie, uroczystości religijne cieszą się zawsze ogromną frekwencją na Mszach, chrzty i pierwsze Komunie są udzielane prawie wszystkim dzieciom, śluby w większości bywają kościelne, a pogrzeby bez liturgii są rzadkością. Niemniej można postawić pytanie: ilu spośród wszystkich zapisanych w parafialnych księgach rzeczywiście jest katolikami?

Ostatni wyrok Trybunału Konstytucyjnego, mający ograniczyć w Polsce aborcyjne dzieciobójstwo, stał się przyczyną wulgarnych protestów, ukazujących, ilu spośród katolików trzyma się nieomylnej i niezmiennej od dwóch tysięcy lat katolickiej doktryny na temat ochrony życia poczętego, a ilu z nich zatraciło ten skarb, jakim jest wiara w prawdy objawione przez samego Boga. Nasuwa się na myśl słynny cytat abp Sheena: „Jeśli mówisz: Jestem katolikiem, ALE… – to nie jesteś katolikiem”. I niestety – smutna konkluzja jest taka, że większość Polaków obiektywnie katolikami nie jest. Chrystus bowiem rzekł: „kto miłuje ojca lub matkę więcej niż Mnie, ten nie jest mnie godzien”. Cóż zatem powiedziałby tym, którzy swój światopogląd miłują bardziej niż jego naukę!

Badanie IBRiS wskazuje, że pozytywny stosunek do Kościoła ma 35%, badanych, neutralny 31%, a negatywny – 32%. Wśród osób mających 18-29 lat opinie przychylne to 9%, obojętne 44%, a nieprzychylne – aż 47%. Cóż oprócz historii mogło wpłynąć na tak przerażający wynik tego sondażu?

Pierwszą przyczyną niewątpliwie jest to, że nieustannie słyszy się o sojuszu tronu z ołtarzem, który w Polsce ma funkcjonować od lat. Wspomniał o tym szef Katolickiej Agencji Informacyjnej, Marcin Przeciszewski, mówiąc: „Moim zdaniem sojuszu z władzą nie ma, ale Kościół za rzadko o tym mówi – i za to płaci”. Przemyślmy jednak: na ile to skojarzenie ze zmiennymi władzami państwa jest właściwe? Z pewnością katolicy, a tym bardziej duchowni, nie mogą pozwalać, by w kraju panowały prawa naruszające prawo Boże. Muszą „nastawać w porę i nie w porę”, dążąc do zachowywania zasad sprawiedliwości – a zatem mają obowiązek mówić tam, gdzie niszczony jest Boży porządek. Dlatego na przykład ustawicznie nawołują do tego, by wprowadzić w Polsce całkowity zakaz mordowania nienarodzonych. Czy można inaczej? Nie można; bo czy Kościół, który nie walczyłby o zaprowadzanie ładu Chrystusowego, można nazwać Kościołem Chrystusowym? Nie!

Tu jednak jest kwestia kluczowa – Kościół działa w sferze politycznej. Lecz – co może (jak stwierdził Przeciszewski) zbyt rzadko się wspomina – nie działa jako partia, nie wchodzi w związki z jakimiś ugrupowaniami; co najwyżej współpracuje tam, gdzie jest to słuszne z moralnego punktu widzenia. Kościół wchodzi w politykę po to, by ta polityka powstrzymywała się od akceptacji grzechu; Kościół wchodzi w politykę dla dobra swoich wiernych, ale także i dla wszystkich ludzi; Kościół w końcu nie prowadzi tej polityki, tylko powstrzymuje ją przed barbarzyństwem pogańskiego zepsucia. Duchowni, a tym bardziej biskupi, muszą być zawsze gotowi na to, by nawet „życie oddać za swe owce” – gdy zatem państwo ziemskie stawia się ponad Państwem Niebieskim, Królestwo Boże na ziemi, którym jest Kościół walczący, musi jak św. Stanisław, „aż do przelania krwi”, zmagać się o tryumf dobra, ładu i sprawiedliwości, które panują u Boga.

Druga przyczyna leży w samym Kościele. Są to liczne grzechy dokonane przez tych, którzy winni być najjaśniej lśniącymi wzorami, a stali się brudzącą skazą: przez kapłanów dopuszczających się przestępstw niepowściągliwości w sferze płciowej, krzywdzących w ten sposób bezbronnych, nieraz dzieci; ten wyjątkowo ohydny czyn – jakkolwiek rzadki! – niezmiernie nadszarpnął wizerunek Kościoła, który od zawsze uznawał to za śmiertelną przewinę, a który jednak przez pewien czas wiele spraw takich zbrodniarzy ukrywał. Zaiste, trzeba powrócić do pełnej bezwzględności tępienia występków przeciw szóstemu przykazaniu, zwłaszcza iż ich ofiary nie są nieraz w stanie się temu przeciwstawiać; oby wróciła bezwzględność z czasów św. Piusa V, który podobnych wyrodnych synów Kościoła, upadłych księży pokalanych ową niewysłowioną nikczemnością, kazał wydawać w ręce władz świeckich, by te ukarały ich z całą surowością, nie wykluczając nawet kary śmierci.

Trzecia przyczyna jest najważniejsza; ma ona dwie strony. Jedną są wrogowie chrześcijaństwa, którzy stale oczerniają doskonałą społeczność wyznawców Chrystusa, wyolbrzymiają jej problemy, głoszą na jej temat co najgorsze, zarzucają jej ciemnotę, zacofanie i zabobon; rozgłaszają poprzez media pełną pogardę dla trzymających się Boskiej prawdy, obrażają kapłanów, nawołują do bezczeszczenia miejsc i przedmiotów świętych, wyśmiewają pobożność, kpią z Boga i ze świętych, a czyniąc to wszystko pragną rozsiewać to nieopisane zgorszenie na całe społeczeństwo. Drugą jednakże stroną jest sam Kościół, który się nie broni. Otóż na wytykanie win trzeba odpowiadać ciągłymi czynami miłosierdzia, na głoszenie kłamstwa ukazywać prawdę, na zarzut ciemnoty ukazywać jasność katolickiej nauki; frazes zacofania przeciwstawiać rozwojowi, który Kościół przyniósł; mniemanie o zabobonności pokonywać wskazując rzeczywiste cuda; fałsze medialne odpierać głośno, wzmacniać lud w wierze poprzez naukę (a nie kolejne nic nie wnoszące listy biskupów), kształcić kleryków, o nabożeństwa dbać starannie, modlić się gorliwie, pokutę czynić szczerą, by w tym i we wszystkich narodach pobudzić łaski i cnoty prawdziwej wiary, ufnej nadziei i najwyższej miłości.

Czego dusza potrzebuje, by wytrwać w Kościele wojującym do końca życia, a w końcu wejść do Kościoła tryumfującego i wielbić Boga na wieki? Nie rozrywki, lecz sakramentów; nie banalnych hasełek, lecz zdrowej nauki; nie dobroludzizmu, lecz cnoty; nie akceptacji dla wszystkiego, lecz potępienia grzechu; nie swawoli, ale posłuszeństwa; nie beztroski, lecz sprawiedliwości. Wielu z takiego Kościoła odejdzie – będzie to czysta formalność, gdyż oni już dziś stawiają swe własne przemyślenia nad powagę Boskiego Objawienia. Jeśli jednak to właśnie Kościół będzie dawał swym dzieciom, wielu, widząc to, do tego Kościoła przyjdzie; wielu też spośród zgubionych powróci. Czemu? Bo zauważą, że to jest prawdziwy pokarm dla duszy, którym to pokarmem się odżywiając, osiągną wieczne błogosławieństwo.

A więc – paście, Pasterze!

Leave a Reply

%d bloggers like this: