Zapomniane Królestwo – Upadek – odcinek 12 – Skałeczne wrota

Wędrowali przez długie godziny. Słońce prażyło niemiłosiernie, lecz cień drzew dawał kojące schronienie. Ptaki jak zawsze grały swą melodię.

Szymon rozmyślał o szkole, znajomych i wszystkich tych cieszących spotkaniach. Bił się jednak sam ze sobą. Rozważał o domu. I tym drugim – prawdziwym domu…

– Jesteśmy na miejscu – rzekł Joachim. Przed nimi rozciągały się skałki.

– I co teraz? Zatopicie mnie, by ukryć zwłoki? – zapytał Szymek. Twarze jego towarzyszy przybrały postać posągów. Patrzyli się na siebie wszyscy przez chwilę. Nagle nad nimi dało się słyszeć jakiś świst.

– To dron! – krzyknął Joachim, po czym szybko schowali się w krzakach.

– Nie ma co się chować, musimy ruszać do przodu, bo już nas znaleźli. Zaraz tu będą – rzekł Maksymin, więc chłopaki wyskoczyli zza krzaków i pobiegli w dół.

– Zaraz, ale tu jest jezioro! – zaprotestował Szymek.

– I o to chodzi… – odpowiedział Maksymin i zaraz dodał:

– Ale umiesz pływać, prawda? – zapytał. Chwilę przystanęli. Szymon patrzył na nich z przerażeniem. Maksymin uśmiechnął się do Joachima:

– A zatem na barana – roześmiali się obaj. Schylili jednak głowy. Dron przeleciał tuż nad nimi.

– Prędzej! – zawołał Maksymin, po czym biegli dalej po skraju jeziora. Zataczali koło, by dotrzeć do skały. W pewnym momencie usłyszeli psy, zaraz po nich ludzkie odgłosy:

– Schnella! Nie mogą być daleko!

– Prędzej, musimy się skryć za tymi skałkami! – wskazywał Joachim. Nagle coś chlusnęło w wodzie.

– Szymon! – zawołał Joachim. Szymek wpadł do jeziora i próbował się jakoś wydostać, ale im bardziej się szarpał, tym było gorzej. Gońcy byli coraz bliżej. Towarzysze rozglądali się w obydwu kierunkach. Joachim wziął jakąś belkę, lecz Maksymin chwycił go za rękę:

– Czekaj, przecież nie umiesz pływać. Ja go wyciągnę – powiedział, a Joachim patrzył przerażony, nie wiedząc, czego bardziej się obawiać… Maksymin skoczył do wody i podpływał do Szymona, gdy wtem zbliżyły się wrogie cerbery. Poczęły głośno ujadać. Joachim trzymał belkę coraz mocniej w dłoniach.

– Nigdy ich nie dostaniecie… – wyszeptał szykując się do walki. Psy głośno ujadały, ich właściciele podnosili wysoko głowy, a na ustach bandytów jawił się uśmieszek pełen zadowolenia. Do nacierających dotarła delegacja w garniturach, ta sama, co z kolejowego dworca.

– Spuścić psy. Niech zatopią ich marzenia i umilkną raz na zawsze – rzekł jeden z nich.

– Aaaaaaaa! – krzyknął obrońca podnosząc belkę. Już mieli spuścić zwierzęta z łańcuchów, gdy wtem coś oślepiło obydwie strony. Niczym słońce w pomroku wrzosowiska zajaśniały im strumienie światła sączące się ze skały.

– Co to jest… – wykrztuszał z siebie słowa i wodę Szymek, którego Maksymin właśnie wyciągał z jeziora. Coś spadło ze skały, rywale tam stojący przewrócili się. Powstał rumor.

– Biegniemy! – rzekł cicho Joachim, po czym skierowali się do skałek. Gdy tak biegli, Szymek obrócił na chwilę głowę w bok i ujrzał przedziwny widok. Oto, niczym aniołowie, stanęło pośrodku wrzawy dwóch mężczyzn w lśniących zbrojach i białym odzieniu. W dłoniach jeden trzymał miecz i tarczę, drugi dwie szable.

– Otworzyć ogień – zabrzmiał rozkaz oprawców, gdy bohaterowie wbiegli już za skałki. Dało się słyszeć amunicję i granaty.

– Tędy, musimy dotrzeć do tunelu – powiedział Joachim.

– O nie, znowu jakiś tunel… – narzekał Szymon.

– Nie martw się, to już ostatni – rzekł Joachim, po czym zasmucił się. Dwaj tajemniczy towarzysze popatrzyli na siebie.

– Nie ma czasu, idziemy – rzekł Maksymin, po czym weszli w głąb skałek. Na zewnątrz wciąż trwał huk rozpoczętej właśnie wojny…

Ogień oświetlał runy wyryte na ścianach tunelu. Szymon nie mógł uwierzyć – to były te same, co w starej redakcji…

– Ale te są jakieś inne… – wyszeptał niesłyszalnie.

– Tak, Młody Przyjacielu. Tu masz ich pełniejszy obraz… – rzekł Maksymin. Twarz Szymka stanęła jak wryta, ale dalej włóczył nogami, gdyż nie było już czasu. Podróżnicy szli żwawym tempem, patrząc wokoło. Nagle ich oczom ukazała się kotlina, wyszli z tunelu…

– Oto secretum subterraneae arcis Craci, oto potęga ukryta i niezamierzona ludzkimi zmysłami… – powiedział tajemniczo Joachim. Teraz widzieli jasno. Drogie kamienie wszczepione w tę górę oświecały kotlinę na tyle jasno, że nie trzeba było nawet płomienia pochodni trzymanej w ręce przez Szymona. Przyglądali się tak chwilę, podziwiając potęgę komnaty.

– Dobrze, koniec tego cyrku! – rzekł ni stąd ni zowąd Szymon. Jego towarzysze milczeli. Na ich twarzach pojawił się jednak smutek.

– Gdzie tu jest ukryta kamera? Tu… Tu? A może tu?

– Chłopcze, doprawdy nie pojmujesz… – zaczął Joachim z uśmiechem, lecz Szymon ciągnął:

– Weźcie już przestańcie! Ohoho, fajnie… Nagraliście świetny film, były kaskaderskie akrobacje. I co dalej? – pytał drwiąco.

– Zostałeś wybrany, okazano Ci łaskę – powiedział Maksymin.

– Jaką znowu łaskę? Co Wy gadacie? Dajcie mi wreszcie spokój! Chcę stąd wyjść! – krzyczał nastolatek.

– Zgłoszę Was na policję, zobaczycie, pedofile jedne!

– Czy nie rozumiesz, co dzieje się na świecie? Co dzieje się właśnie w Twoim mieście?

– Nie, nie i nie chcę wiedzieć! Co mnie to obchodzi?! Skończcie wreszcie te swoje gry. To już nie jest zabawne…

– Czy naprawdę nie obchodzi Cię, co stanie się z Twoją szkołą, z Twymi znajomymi, z Twymi przyjaciółmi? Co stanie się z Twoją matką i z całym światem, jaki dotąd znałeś?

– Skąd Ty wiesz o mojej szkole? Co masz do mojej matki?! Przestańcie się wreszcie mną bawić! Gdyby ojciec to widział… – palnął nie wiadomo czemu Szymon. Zatrzymał się z głębokim wdechem i zamilknął.

– To, co się teraz dzieje, dosięgnie niestety również Twego ojca…

Szymon zastygł. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Z jego oczu polała się jedna, długa łza. Usiadł przygnieciony ciężarem swego życia. Zakrył twarz rękoma. Jego towarzyszom zrobiło się głupio. Maksymin podszedł do niego z pełnym łagodności wzrokiem, położył rękę na jego ramieniu i rzekł:

– To, co wybierzesz, zależy tylko od Ciebie. Opatrzność zsyła okoliczności, lecz to Ty podejmujesz decyzję…

– Łatwo Ci mówić… – wybuchnął z wyrzutem Szymon. Nastała cisza. Nagle dało się słyszeć odgłosy czyichś rozpędzonych kroków. Do sali wpadli dwaj biali rycerze. Popatrzyli się na obecnych, a jeden z nich rzekł:

– Zbliżają się. Musimy ruszać. Czy wędrowiec do zorzy gotowy? – zapytał, po czym towarzysze Szymona spojrzeli po sobie. W oddali dało się słyszeć odgłos karabinów.

– Chłopcze… – zaczął Joachim, lecz nie skończył. Twarz Szymona jakby zatrzymała czas. Jak gwiazdy na niebie, wszystko spoczęło w swym biegu. Cała przestrzeń mikrokosmosu człowieka oczekiwała w napięciu piętrzących się o jej skały fal.

– Szymonie, Synu Directora – zaczął jeden z rycerzy, a Szymon podniósł głowę.

– Czy chcesz wprowadzać pokój i naprawić świat błędów umysłu Twego ojca? Czy chcesz zmienić bieg historii? – zapytał. Szymek zastanawiał się chwilę. Trwało milczenie. Ze skały toczyły się krople wybijając rytm starożytnej sali…

– Tak, chcę… – odparł Szymon. W oddali rozległ się dźwięk.

– Prędko, musimy ruszać. Joachimie? – spytał jeden z rycerzy.

– A, tak, już wyciągam! – rzekł, po czym zaczął przeszukiwać swoją torbę. Przerażony, zaczął obmacywać swój strój. Odwrócił się i…

– Tego szukasz? – zapytał Maksymin spuszczając klucz z dłoni.

– Jak Ty…

– Mówiłem Ci, byś zabrał ze sobą torbę…  – rzucił, po czym obrócił się, a reszta ruszyła za nim. Wbiegli do jednej z sal połączonych z kotliną. Przed ich oczyma ukazał się wielki tron.

– A zatem to jest Grota Anioła Zwierzchności, lecz nie jest to jego tron… – rzekł Joachim.

– Jeno miejsce dane w dzierżawę przez Szachinszacha – dokończył jeden z rycerzy, pełen zachwytu wraz z pozostałymi. Sala była wyjęta jakby z innego świata. Szara, ukryta ze swym blaskiem, lecz potężna niczym komnata krasnoludzkich władców. Bohaterowie stanęli na chwilę i jęli się przyglądać. W końcu odważyli się przybliżyć do tronu.

– Oto potęga, która jeszcze nie zginęła – rzekł Maksymin. Dźwięk tropicieli dochodził ich jednak coraz bardziej.

– Prędko! – powiedział jeden z rycerzy, po czym Joachim chwycił klucz i podszedł do kamiennego tronu. Już miał odnaleźć wejście, gdy nagle zza obelisku wyłoniła się czarna postać. Przerażeni, cofnęli się o krok.

– Proszę, proszę, kogo ja tu widzę… – zapytał nieznajomy.

– Toż to moi serdeczni przyjaciele…

– Nie jesteśmy Twymi przyjaciółmi. Ty nas zdradziłeś – rzekł jeden z rycerzy. Postać wyłoniła się zza półcienia, stanęła pośrodku, rozłożyła ręce i rzekła:

– Witam w moim królestwie! – roześmiał się głęboko mężczyzna. Szymon nie mógł uwierzyć własnym oczom. Prawie się przewrócił, po czym przetarł okulary i wytrzeszczył oczy. Przed nimi stał właśnie… Sergiusz Zolosz, szef jego redakcji.

– Myśleliście, że tak łatwo uciekniecie? Myśleliście, że da się obejść moje zabezpieczenia? Że możecie zmienić świat? I że można tak bezkarnie… kraść moje foldery?! – wyrzekł patrząc się na nich gadzim wzrokiem i wyciągając… podwójny język w ich kierunku. Szymon przeraził się, pozostali jednak nie drgnęli.

– Doczekasz się sprawiedliwości – rzekł Joachim. W tym samym momencie bohaterowie spostrzegli się, że za ich plecami zdołały już przybyć wojska nieprzyjaciela.

– Sprawiedliwość… A czymże ona jest? Głuchym uderzeniem sędziowskiego młotka, by po chwili zrzucić kajdany ciężarów na tłamszone społeczeństwo… – mówił przesypując pył z podłogi sali tronowej z ręki do ręki sycząc przy tym niemiłosiernie swym diabelskim językiem.

– Oto, jak kończą karły reakcji – powstał Zolosz z potężnym śmiechem i wyciągnął obydwie ręce w kierunku swych żołnierzy. Ci ruszyli powoli. Bohaterowie utworzyli koło, cofając się coraz bliżej siebie. Na twarzach próbowali ukryć strach, lecz śmierć coraz bardziej zaglądała im w oczy. Nagle psy ruszyły w kierunku wędrowców. Szymon patrzył przerażony, gdyż szły jakby prosto na niego.

– Śmierć albo hańba! – krzyknął Maksymin po czym rzucił się w ich kierunku ścinając wyciągniętym, długawym mieczem. Złożył go naprędce z owych średniowiecznych toreb.

– Niech żyje Król! – krzyknął jeden z rycerzy i wystąpił ze swoimi szablami do przodu. Rozgorzała walka. Wszyscy ruszyli przed siebie, lecz gdy Joachim postanowił uczynić podobnie, Maksymin powstrzymał go ruchem ręki, sam zaś rzucił się w tłum. Joachim trzymał zatem Szymona rozglądając się dookoła. Oczom chłopca ukazał się ponownie ten sam dziwny widok, lecz teraz jego zdziwienie potęgowała bliskość możności oglądania tych wydarzeń. Bohaterowie, zaledwie z bronią białą, odbijali strzały z broni automatycznej… Jego towarzysze poruszali się z dziwną prędkością zostawiając wokół siebie niebieski i biały połysk. Szymon obrócił się i wydawało mu się, że z tronu wydobywają się złote strumienie. Tymczasem bohaterowie odpierali potężne ataki z każdej strony, nie chcąc przepuścić wrogich żołnierzy. Jednak ich niezwykle szybkie i elastyczne ruchy nie zmieniały przebiegu bitwy. Pole kurczyło się coraz bardziej, byli spychani do tronu.

– No, kogo my tu mamy… Zabrałeś ze sobą tego chłystka? – zapytał Sergiusz patrząc na chłopca.

– Zbliż się do niego, a poczujesz ostrze w swojej piersi – odparł mu Joachim. Sergiusz roześmiał i zasyczał potwornie.

– A zatem spróbujmy – rzekł, przekrzywił głowę, coś strzyknęło w jego karku. Rzucił się w skoku. Joachim odbił uderzenie, jednocześnie turlając się z chłopcem na bok, chroniąc w ten sposób przed ciężarem napastnika.

– Zostań tu – rzekł do niego, po czym stanął do walki z włócznią w ręku. Przeciwnik był szybszy, lecz on nieraz zmuszał go do zmiany pozycji zadając niemal dosięgające go ciosy. Niestety, choć walczyli tak jakiś czas, a Joachim dobrze się bronił, ten w końcu powalił go na ziemię swymi szponami prawej dłoni. Już szykował cios trzymanym w lewym ręku berdyszem…

– Joachim, nie… – zawołał Szymek, a pozostali towarzysze obrócili głowy i zastygli w sekundzie rozciągającej się niczym wieczność. W tej chwili strzała wytrąciła berdysz z ręki bandyty.

– Łucznik! – zawołali towarzysze, po czym wrócili do walki, przyglądając się kątem oka spuszczającej się na linie postaci w fioletowym płaszczu. Ten wylądował, zaś Zolosz zdołał już wstać. Tajemniczy przybysz wyciągnął sztylety niczym ostrza swej ręki.

– A zatem wróciłeś… – rzekł Zolosz, po czym z lewego rękawa wysunęło mu się ostrze. Teraz niby dwie gadziny o podobnych stalowych szponach rozpoczęli walkę na śmierć i życie. Ich taneczne ruchy wyrażały niezwykłą dynamikę i najwyższy poziom rycerskiego kunsztu. Jednak fala przeciwników zataczała coraz większe kręgi.

– Nie damy rady. Musimy się wycofać – krzyknął Maksymin.

– Radzimir, Sambor, bierzcie chłopaka! – krzyknął Joachim, a tamci pognali w kierunku Szymona. Gad toczył walkę z mężczyzną w fioletowym płaszczu już na skraju płaskiego wzniesienia, na którym osadzony był tron w Grocie Anioła Zwierzchności. Nie był więc w stanie zareagować, choć próbował przepchnąć się w tamto miejsce, lecz jego rywal cały czas zręcznie mu to utrudniał.

– Lećmy do sali węzłowej! – krzyknął Joachim, azali było to zaledwie echo tego, co słyszeli przez całą podróż ze starego bloku do podziemi starodawnego arcis Craci. Wrota za nimi zostały zamknięte.

To ostatnia część prologu. Wkrótce kolejne części ,,Zapomnianego Królestwa”…

Następny odcinek: https://isidorium.info/2021/01/12/zapomniane-krolestwo-upadek-odcinek-12-skaleczne-wrota/

Poprzedni odcinek: https://isidorium.info/2021/01/11/zapomniane-krolestwo-upadek-odcinek-11-skrzypiace-wrota/

Wszystkie części dostępne w zakładce: https://isidorium.info/zapomniane-krolestwo/

One thought on “Zapomniane Królestwo – Upadek – odcinek 12 – Skałeczne wrota

Leave a Reply

%d bloggers like this: