Co to znaczy być katolikiem? – Wielki Post A.D 2021

Samo wyrażenie „Wielki Post”, za pomocą którego Kościół określa dni pomiędzy Środą Popielcową a Wielkanocą, wypowiada jedynie cząstkę tego, co rzeczywiście jest odnośnie do tego czasu na myśli. Pierwotnie jest to czas udzielania chrztu, a więc czas włączania we wspólnotę Kościoła Chrystusowego. Nie można dokonać tego w krótkim czasie, albowiem każdy człowiek musi krok po kroku przemierzyć drogę nawrócenia, czyli swoistej przemiany swojej dotychczasowości. Kiedy potem w tę drogę wzięto również pokutujących grzeszników i w końcu całą wspólnotę, to w tym wyraża się przeświadczenie, iż tej drogi nie można przejść od razu, naraz i zostać zawsze u jej szczytu, lecz że obejmuje całe nasze życie doczesne i musimy przemierzać ją wciąż na nowo. To właśnie chce uobecnić w naszej świadomości i w naszym życiu czas Wielkiego Postu: bowiem bycie katolikiem może dokonywać się zawsze jedynie poprzez stawanie się nim wciąż na nowo, że nie jest wydarzeniem zakończonym i niewymagającym działań. Domaga się ono ciągłego wdrażania.

Postawmy więc pytanie: Co to znaczy być katolikiem?

Kard.Ratzinger w jednym ze swoich kazań powiedział: Wydaje mi się, że Kościół nie pojmuje wydarzenia stania się chrześcijaninem jako wyniku procesu szkolnego czy też pedagogicznego, lecz jako sakrament. To oznacza, że chrześcijaninem nikt nie staje się jedynie siłą własnych osiągnięć. Idąc dalej: Nie można samemu stać się wierzącym. Nie jest sprawą i umiejętnością człowieka stać się niejako szlachetnym człowiekiem i ostatecznie wyglądać tylko jak chrześcijanin. Wręcz odwrotnie, stać się katolikiem można dopiero wtedy, kiedy porzuci się iluzję samowystarczalności, kiedy się rozpozna, że człowiek sam nie istnieje, że sam się nie stworzył i sam niczego nie może dokonać. Człowiek potrzebuje otwarcia się, musi dać się poprowadzić, gdyż sam upada.

Tak więc bycie chrześcijaninem oznacza najpierw wyzbycie się iluzyjnych przekonań, rozpoznanie ich, poznanie własnej niewystarczalności i zgody na działanie Boga. Louis Evely bardzo słusznie kiedyś stwierdził, że grzech Adama nie polegał właściwie na tym, że chciał on być podobny do Boga – bo przecież jest to powołanie człowieka, które zostało mu dane przez Boga. Jego nieposłuszeństwo polegało raczej na obraniu fałszywej drogi, na której szukał on podobieństwa do Boga, na wyobrażeniu, że stanie się on wtedy jak Bóg, kiedy będzie polegał tylko na własnej sile, stanie się bogiem samego siebie. Stałby się despotycznie trwający w samym sobie, doprowadziłoby to go do samounicestwienia. Błędny wybór urojonej boskości może tylko prowadzić do zniszczenia, bowiem Bóg nie jest zamkniętą egoistyczną istotą, lecz jest tym, który całkowicie jest w stanie trwać z nami dopiero w dialogu pełnym miłości, jako ofiarujący się i dający samego siebie. Człowiek może upodobniać się do Najwyższego wtedy, gdy porzuci swój egoizm, który sprawia, że chciałby samego siebie wykreować. Człowiek nie jest wytworem drugiego człowieka. W pełni stworzony jest tylko przez Niego.

W czasach, gdy ludzkość pogrąża się w herezji „dobroludzimu”, należy nieustannie odkrywać sobie tę prawdę zupełnie na nowo. To, co zostało wcześniej ujęte w rozważaniu o pojedynczym człowieku, odnosi się do całej ludzkości. Ta ludzkość, która sama siebie chce ustanowić największą istotą wszelkiej rzeczywistości, która pragnie wykreować siebie na totalny humanitaryzm i nie potrafi już liczyć na inną pomoc aniżeli na tę, którą sama sobie daje, odrzucając Boga, sama w sobie się unicestwia, pogrążając się w fałszywym humanitaryzmie. Proklamując totalną ludzkość, niweczy – doświadczywszy tego wszędzie – właśnie człowieczeństwo człowieka.

Tak właśnie „dobroludzizm”, na katolicki wzór, akceptuje uczynki, ale bez wskazywania na Chrystusa, jako źródło i przyczynę zbawienia. Na wzór protestancki odrzuca wszystkie sakramenty, tym samym wiarę w Jezusa.

Nie, żebyśmy uważali, że jesteśmy w stanie pomyśleć coś sami z siebie, lecz [wiemy, że] ta możność nasza jest z Boga. On też sprawił, żeśmy mogli stać się sługami Nowego Przymierza, przymierza nie litery, lecz Ducha; litera bowiem zabija, Duch zaś ożywia. Lecz jeśli posługiwanie śmierci, utrwalone literami w kamieniu, dokonywało się w chwale, tak iż synowie Izraela nie mogli spoglądać na oblicze Mojżesza z powodu jasności jego oblicza, która miała przeminąć, to o ileż bardziej pełne chwały będzie posługiwanie Ducha! Jeżeli bowiem posługiwanie potępieniu jest chwałą, to o ileż bardziej będzie obfitować w chwałę posługiwanie sprawiedliwości! (2 Kor 3, 6-9)

Wierzącym człowiek nie staję się sam, a to dalej oznacza, że można stać się nim tylko we wspólnocie ludzi wierzących, we wzajemnie ubogacającej się wspólnej wierze. Do bycia chrześcijaninem należy także nad wyraz potrzebna samotność zmagającego się z sobą wierzącego, który odsłania się przed obliczem Boga. Religia jednak nie jest sferą intymną, którą przeżywamy sami z sobą i której nie wolno wnieść do sfery publicznej. Pozbawilibyśmy w ten sposób wspólnotę ludzi czegoś wartościowego, czyli naszego świadectwa. Z jednej strony istnieje sam pojedynczy człowiek, a z drugiej – sam kolektyw. Wspólnota, w której pojedynczy człowiek pozostaje samym sobą i w której jednocześnie dochodzi do spotkania z prawdziwym człowieczeństwem bliźniego – taka wspólnota nie tworzy się tam, gdzie człowiek swoją najgłębszą duchowość zachowuje dla samego siebie. A jednak człowiek potrzebuje wspólnoty, aby być samym sobą. To od nas zależy, aby nie pozostawiać świata bezbożnym, lecz by poprzez wiarę przekazywać światu Boga.

Oprócz misji upubliczniania wiary utrzymuje się, naturalnie, misja jej duchowości. I tu napotykamy wreszcie obowiązek, który sugeruje wyrażenie „Wielki Post”. Aby człowiek stał się chrześcijaninem, konieczna jest także siła przezwyciężania, oparcia się naturalnej sile ciężkości biernego dryfowania. Życie w najbardziej ogólnym sensie zostało zdefiniowane jako „praca przeciw sile grawitacji”. Tylko tak, gdzie istnieje taka praca przeciw sile ciężkości, jest życie, a tam, gdzie ona zanika, zanikło także życie. Skoro taka zasada obowiązuje w sferze biologicznej, to tym bardziej w duchowej. Człowiek jest istotą, która nie staje się sobą samą o własnych siłach. Nie staje się on, dając się po prostu biernie nieść, oddając się do dyspozycji naturalnej siły grawitacyjnej swojego życia z dnia na dzień, lecz staje się zawsze tylko w borykaniu się z tą siłą grawitacyjną życia z dnia na dzień, siłą dyscypliny, która potrafi go wyłączyć z konieczności dnia codziennego, która uwalnia się od przynagleń skłonności i celów. Nasz świat jest do tego stopnia zagracony, brudny i obciążony powierzchownymi sprawami, że zawsze zagraża nam niebezpieczeństwo niedostrzegania całości. Trzeba przezwyciężenia, aby to dostrzec i wyzwolić się z powierzchowności.

Postna prefacja Kościoła mówi tak: Qui corporali ieiunio vitia comprimis, mentem elevas, virtutem largiris et praemia: per Christum, Dominum nostrum – Ty przez post ciała uśmierzasz wady, podnosisz ducha, udzielasz cnoty i nagrody, przez Chrystusa, Pana naszego.

Kiedy człowiek zaczyna pościć, odczuwa te słowa jako ironię. Post uniemożliwia bycie w swojej wolności. Kiedy jednak żyjąc w przesycie, porównujemy się do bycia zgłodniałym, to zauważamy jednak, jak prawdziwe są te słowa. Uświadamiamy sobie, że człowiek pełny w doczesności materialnością, przesytem i któremu brakuje duchowości, nie dostrzega działania Bożego i staje się ślepy. Dostrzec może tylko siebie, swój egoizm. I kiedy zwróciliśmy na to uwagę, to zaczynamy także na nowo rozumieć obrazy Pisma Świętego, które zostały włączone w liturgię chrzcielną Kościoła: obraz człowieka, który jest przed Bogiem ślepy; człowieka, który jest głuchoniemy, nie potrafi zupełnie zrozumieć samego siebie ani świata. Pojmujemy, że potrzebujemy owej rzeczywistości, która jest wyrażona w słowie „pościć”.

Prawdą jest, że dziś pości się na wiele różnych sposobów: z przyczyn medycznych, społecznych etc. W tradycji Kościoła zapisały się takie rodzaje postów jak jakościowy. Kodeks Prawa Kanonicznego głosi, iż polega on na wstrzymaniu się od potraw mięsnych (abstinentia); nie zabrania spożywania jaj, nabiału i rozmaitych przypraw (condimenta) nawet z tłuszczu zwierzęcego. Post ilościowy polega na jednorazowym posiłku do sytości w ciągu dnia; nie zabrania posiłków o różnych porach dnia. Nie zabrania się tutaj spożywania potraw mięsnych i ryb przy tym samym posiłku. Post ścisły polega na połączeniu postu jakościowego i ilościowego. Wracając jednak do sposobów poszczenia: Nawet dobrze jest tak, że człowiek pości na wiele różnych sposobów. Nie jest to złe, jednak co najmniej niewystarczające. Może się stać tak, że celem takiego poszczenia znów będę „Ja”. Taki post bowiem nie wyzwala człowieka od samego siebie, lecz jest dla siebie samego, nie dla Boga. A człowiek potrzebuje postu, swoistej rezygnacji, które uwalniają go od samego siebie, odzyskują dla Boga. Wezwanie, które kieruje do nas okres Wielkiego Postu, jest zapewne niekomfortowe. Jednak ten, kto jest wyczulony na swoją sytuację, swoje błędy, grzechy – wie, jak potrzebne jest to wezwanie do prawdziwego, realnego postu, a nie do postu własnego „Ja”.

To, że chrześcijański post winien być okresem odchodzenia od własnego „Ja”, pociągało zawsze za sobą roszczenie, że okres Wielkiego Postu jest czasem spełnienia dobrych uczynków. „Dobre uczynki” – kiedy to słyszymy, odczuwamy ulgę, pojawia się uśmiech na naszej twarzy albo jakaś dezaprobata. Jednak także tego nie możemy sobie za bardzo upraszczać. Cały świat wokół nas pogrąża się sam w swoich własnych grzechach. Świat głoduje, bo brakuje mu Boga. Wtedy sobie bowiem uświadomimy, że nie możemy mieć Boga łaskawego, gdy wokół nas są ludzie, którzy cały czas go pragną.

Na podstawie:
J. Ratzinger, Opera Omnia, t. XIV/1, Kazania. Pierwsza część tomu

komentarz łucznika Izydora: Ascetyczne podejście do życia, które pozwala przekroczyć samego siebie. Tylko wtedy stajemy się wolni, gdy rezygnujemy z siebie, a przyjmujemy wszechmocnego Boga, czyli pozwalamy wejść nieśmiertelnemu źródłu, z którego wypływa nasza natura, a zatem i wszystko, co jest nam potrzebne do pełnego życia.

Leave a Reply

%d bloggers like this: