Fotorelacja: Krwawy mecz. Koniec sztamy? Znamy odpowiedź

Ostatni bój na Stadionie Międzytorza im. Radosława Garwackiego przed zamknięciem Mazowsza. Ostatnie ,,zarażanie się drogą kropelkową” podczas budowania swojej odporności poprzez ruch. Oto relacja z kolejnego boju, który jakoś nie świadczy za osłabianiem zdrowia koronawirusem poprzez sport.

Kto jest chory, nie przychodzi, bo nie wytrzyma i nie będzie narażał swoich kolegów i koleżanki. Kto zaś nie jest, to czemu nie może stosować środków alternatywnych do szczepionek, respiratorów i obostrzeń, tylko takich, które wchodzą w sferę budowania naturalnej odporności niezwykłego organizmu, jaki posiada człowiek?

To komentarz do decyzji polskiego rządu, który w ramach dodatkowych, regionalnych obostrzeń (których nie chcę od razu podważać – to temat na inną, merytoryczną dyskusję o różnych ich aspektach) zamyka także orliki. Pytam się zatem – jaki sens ma zamykanie również infrastruktury sportowej podczas nakładania powyższych strefowych ograniczeń na terenie kraju? Czy nie lepiej po prostu wzmocnić kontrole na tych obiektach, by przestrzegały pewnych norm sanitarnych?

Przejdźmy już do wielkiej bitwy, jaka rozegrała się na orliku przy ul. Faustyna Piaska 5 w Płocku. Do ostatniego powiewu wolności, czyli sparingu przygotowującego do rundy wiosennej Płockiej Ligi Orlikowej… Tej inicjatywy, która miała ponownie ruszyć 20 marca: https://isidorium.info/2021/03/10/kalendarz-rozgrywek-plockiej-ligi-orlikowej-i-nasze-logo-na-tablicy/ Dlatego tak ważne jest upamiętnienie niezwykłego dramatu, jaki rozegrał się na deskach orlikowego teatru w ostatni dzień realizowania sportowej pasji…

Nad Płock nadciągnął ,,Huragan Radek”, co jakiś czas padał deszcz. Mimo wątpliwości, czy mecz może odbyć się w takich warunkach, przetrwała determinacja do rozegrania spotkania. W końcu… Ostatniego możliwego. Prawdziwym piłkarzom niestraszna zła pogoda.

KS Royal Lachmaniak Płock i Międzytorze, czyli intensywnie przygotowujący się do drugiej połowy sezonu zespół i zgrani gospodarze oraz wiceliderzy ligowej tabeli. Zespoły trzymające ze sobą sztamę stoczyły jednak ostry bój…

Huragan Radek bawił się piłkami ćwiczących przed gwizdkiem drużyn. Non stop ściągane i zakładane czapki i kurtki były reakcją na te niebagatelne warunki, w których przyszło przybyć i zmierzyć się toczącym bój wojownikom z północy.

Pierwszego gola zdobyli Międzytorzanie. Lachmaniak jak zwykle nie zdołał skoncentrować sił na początku, stąd bramka przyszła gospodarzom dosyć łatwo. Później jednak stało się coś nieoczekiwanego. Lachmaniak nie tylko wyrównał, ale nawet objął prowadzenie na 2:1 i z takim wynikiem zszedł za linię odpoczynku. Nad stadionem niespodziewanie pojawiło się słońce.

Międzytorze, nie grając zbyt pewnie w tej pierwszej części, zaskoczyło atakiem ze skrzydeł, na końcowej, poziomej linii pola karnego. To wbicie się z dużą prędkością zepsuło dobre humory naciskających dotąd Rojalistów. Międzytorze ugrało wynik 4:2. Lachmaniak jednak intensywnie pracował w obronie, nie szczędząc swoich nerwów i ciągłych prób ataku. To pozwoliło zatrzymać kontronfesywę doświadczonego Międzytorza i zdobyć bramkę na 3:4.

Nadzieja zaczęła się jednak ponownie załamywać. 5:3 miało być potwierdzeniem, że kto dominuje w Lidze, ten nie traci już swej pozycji. Boiskowe perypetie spowodowały jednak tak wielką determinację w drużynie Lachmaniaka, że nie odpuszczali Międzytorzu ani na moment. Chcieli to w końcu wygrać – tak wielu postanowiło sobie przed meczem. Dlatego bramka dla Royal Lachmaniaka na 4:5.

Ale Międzytorze wykorzystało swoje wieloletnie zgranie i różne atuty, którymi potrafią zaskoczyć przeciwnika. Wbili gola na 6:4.

Teraz walka była szczególnie dramatyczna. Wspomniane perypetie przybrały na sile. 2 krwawiące kolana po stronie gospodarzy, 1 u Lachmaniaka, jak i spryskiwanie zimnym sprayem nóg po jednym z zawodników z każdego zespołu. Do tego nerwowe gesty i niebezpieczne kłótnie. Bitwa innego rodzaju już wisiała w powietrzu. To jednak zmotywowało jeszcze bardziej Lachmaniaka, by strzelić na 5:6.

I wtedy do Radkowego Huraganu dołączył jeszcze deszcz. Może była to anielska interwencja na ochłodzenie wysokiej temperatury spotkania… Dodatkowo, dla obniżenia intensywności wydarzeń, trzeba było skupić się na innej, niebezpiecznej misji – udać się na tory kolejowe w poszukiwaniu wybitej piłki….

Zawodnicy byli wykończeni po obydwu stronach. W tym momencie stało się coś niespodziewanego. Fotoreporter przekazał aparat swemu przyjacielowi. Z bocznej linii dało się słyszeć głos: ,,Ty, trener się zdenerwował”. Za chwilę żółtą koszulkę wziął na siebie ,,trener motywacyjny”, jak zwali niektórzy rywale tę postać i wkroczył na boisko. Wtedy dołączył grad. Biały Ninja strzelił bramkę. Nastąpiło wyrównanie na 6:6. Chyba nikt nie mógł uwierzyć w to, co się stało.

Wściekłość ze strony Międzytorzan zmotywowała ich do nadzwyczaj szybkiej ofensywy niczym potężne uderzenia Chanatu Krymskiego na broniące się ostatkami determinacji twierdze Rzeczypospolitej. Trener Lachmaniaka wraz ze swymi kolegami z drużyny nie dał wbić gola rozkręcającym się jeźdźcom ze wschodu. Ostatkami astmatycznej kondycji wyprosił zmianę u jednego ze swych wykończonych podopiecznych. To krótkie wejście miało wnieść tyle, ile był w stanie, by wzmocnić morale drużyny.

Wówczas okazała się straszliwa rzecz – telefon, którym odmierzał czas trener Lachmaniaka dla obydwu zespołów i który ostatnim razem widziany był z 3 minutowym czasem do końca meczu… został zalany wodą i przez kilka godzin nagrzewał się, jakby miał wybuchnąć. Jednak… Ale o tym już w następnym artykule.

Tymczasem trzeba było coś postanowić. Wielu zawodników i ich towarzysze skryli się pod baldachimem orlikowego obiektu, reszta pochłonięta była walką do końca. W końcu udało się jakoś dogadać z siedzącymi na wzniesieniu przechodniami, którzy odliczali kolejne 10 minut. Wcześniej padła propozycja złotej bramki, lecz zagrano już wedle tej płynnej w swej postaci koncepcji.

W końcu postanowiono – rzuty karne. I znowu… remis. 4:4. Tak oto zakończyła się krwawa bitwa między zespołami trzymającymi niegdyś ze sobą sztamę…

Ale, jak dowiadujemy się zza kulis, obydwa zespoły pogodziły się ze sobą i przeprosiły za zaistniałe sytuacje. Zatem walka o to, kto jest lepszym zespołem, rozstrzygnie się już przy bardziej regulaminowych warunkach podczas meczów Płockiej Ligi Orlikowej. Lecz… kiedy ruszą rozgrywki? Czy będziemy wówczas musieli przywdziać już kosmiczne skafandry dla ochrony przed brytyjską, ,,czeską”, południowoafrykańską, brazylijską i może, jak rzecze w żarcie Ksiądz dr Roman Kneblewski, marsjańską odmianą koronawirusa?

Bramki dla KS Royal Lachmaniak Płock zdobyli:

Filip Starzyński – 4, Radosław Garwacki – 1 i jedną także pewien Biały Ninja… Zaś wiele bramek przeciwnika powstrzymali fantastyczni Mateusz Ziemiński i Dominik Subocz, jak i cała drużyna Lachmaniaka. Graczy po stronie Międzytorza niestety na razie nie znamy, lecz gra każdego z nich zasługuje na upamiętnienie i oddanie szacunku za jedność, jaką stanowią i którą wykazali się w postaci niezwykłego zgrania na miarę wiceliderów Płockiej Ligi Orlikowej.

A poniżej fotorelacja:

Leave a Reply

%d bloggers like this: