Zakładanie własnego klubu piłki nożnej… Od czego zacząć?

Przed pierwszym poważnym treningiem, na który udało się w końcu zgromadzić więcej osób, znowu przychodziła myśl, jakie umiejętności, rozumienie gry i tempo nudzenia się wystąpią wśród mych zawodników w te gorące dni, niczym różne bolączki nękające podróżników po Ameryce Łacińskiej. Miałem poprowadzić tak różne osoby po meandrach piłkarskiej Amazonki, by dopłynąć do portu Unidad.

Po bardziej i mniej udanych przygodach w zespołach nie swoich lub w roli kapitana oraz po płynięciu przez wzburzone cieśniny drużyn na krańcach świata, w końcu przyszło spróbować z własnym klubem.

Do takie przedsięwzięcia nie można się jednak zabierać bez przygotowania. Nie chodzi tylko o doświadczenie, ale zebranie go w różne plansze i ponumerowany wykaz, na którym widniały ćwiczenia, akcje, operacje, taktyki i w końcu cała strategia. Musiałem wiedzieć, jak chcemy grać. Czy to ma być piłka spokojna czy szybka, opierająca się na indywidualnych umiejętnościach czy bardzo asekuracyjna, korzystająca często z przerzutów czy grania po ziemi. Bogu dzięki, to wiedziałem i miałem już rozpisane. Trzeba było tylko nanieść pewne korekty.

Teraz stanąłem jednak przed trudniejszym zadaniem, czyli jak zebrać ludzi. Jak sprawić, by oferta była wystarczająco atrakcyjna, a zarazem by nie przepłacić? Co powiedzieć, a czego nie rozwijać, by nie zanudzić? I wreszcie – czy przyjmować każdego, czy wedle pewnych kryteriów?

Kiedyś stwierdziłbym, jako zarażony trochę pewną ideologią dobroludzizmu, że po prostu trzeba miło zachęcić, że się dogadamy, że razem będziemy się uzupełniać i będziemy po prostu cieszyli się z tego, że gramy… Dziś wiem jednak, że mam gołębie serce, a przez to pewne skłonności do naiwności. Wiem także, że zanim podejmie się jakieś decyzje, zanim się w coś wejdzie, trzeba przemyśleć, czy to mnie nie wykończy, czy przyjmę takie podejście, które pozwoli i mi i innym stowarzyszyć się na bardzo wolnych, luźnych zasadach. Kiedyś wolałem organizować wszystko jak w szwajcarskim zegarku, z niemiecką taktyką i polskim poświęceniem. Dziś rozumiem, że trzeba zrobić jak w Polsce w pięknych jej dziejach – jest wolność osobista i jest jeden władca. Ani demokracja, ani pruska dyscyplina. Do tego w jednych sferach trzeba być bardzo wolnościowym, w drugich być bardzo zasadniczym.

I zaczęło się od ustalenia zasad. Ważniejsze okazała się nawet nie sama gra, ale to, jak będą wyglądały nasze relacje i zachowania. Jak organizować czas i jak komunikować się z innymi. Ważne jest jedno – takie rzeczy trzeba budować z właściwymi ludźmi. U nas życie prywatnenie ma znaczenia, chyba że ktoś ogłosiłby się satanistą. Wiadomo, że takie rzeczy też wpływają na ocenę kandydata, ale grają u nas także niewierzący i nie jest to problem. Podstawą jest przestrzeganie prostych trzech ludzkich zasad: kultura (bez wulgaryzmów), szacunek (każdy jest potrzebny, gramy z każdym, nikt nie jest piątym kołem u wozu, gramy zespołowo, nie jesteśmy gwiazdeczkami) i życzliwość (staramy się unikać krytyki, ale motywujemy się, wspieramy i pomagamy sobie w byciu lepszymi piłkarzami). Na samych spotkaniach przestrzegamy tych zasad, poza ludzie mogą robić, co chcą. Wiadomo oczywiście, że każda decyzja prezesa jest podejmowana indywidualnie, gdyż on jest odpowiedzialny za to, kogo wpuszcza do klubu, a kogo nie, by zachować ład i dobrą atmosferę. Z samej swej natury klub jest katolicki, ale nie ma to przełożenia na zasady dotyczące zawodników, jedynie na ogólne zasady, czyli powszechne, gdyż ,,katolicki” z tłumaczenia oznacza ,,powszechny”. Ma to natomiast przełożenie np. na wybór herbu, strojów czy innych rzeczy. Chodzi o fundament, którego nie można podważyć, ale który nie narzuca się w formie jakiejś wojskowej dyscypliny, lecz realizuje się w zabezpieczeniu zdroworozsądkowej wolności.

Prezes i trener na początku musi być w jednej osobie, lecz funkcję kapitańską trzeba powierzyć komuś zaufanemu, by samemu się nie przeciążyć. Do tego trzeba pamiętać o jednym – im więcej osób, tym więcej bogactwa, gdyż tym więcej relacji. Nie można opierać wszystkiego na jednej osobie, gdyż każdy z nas może popaść w konflikt lub stać się nieco nudnym dla innych, gdy się go już wystarczająco pozna. Poza tym zawsze mamy zapasowe siły, gdy nagle ktoś zmienia się w lidera, nagle uruchamia kolejne pokłady swojej osobowości. To nadaje barwną i ciekawą dynamikę dla ludzi. Na początku wybrałem kapitana, lecz ten poprosił, by jego wybór był potwierdzony lub nie przez całą drużynę. Nie chciałem na to przystać, gdyż wybrałem go ze względu na jego zaangażowanie i kompetencje Kapitan musi napędzać zespół, dobrze komunikować się z trenerem, realizować jego taktykę, mieć donośny głos, czytać grę, umieć wyjaśnić innym, jak coś wykonać, pomóc, gdy sobie nie radzi, wspierać i motywować graczy.

Większość z tych cech już się ujawniła. Sam kapitan nie czuł się nigdy dobrze w roli lidera. Jednak jego zaangażowanie, znajomość piłki nożnej i potencjał, który u niego widzę oraz wspomniane wyżej kompetencje sprawiają, że choć jeszcze musi się oswoić z tą nową dla niego sytuacją i potrzeba na to trochę czasu, to wszystkie jego cechy doprowadzą go do mistrzowskiego poziomu w tej kwestii. Ale – jak wspomniałem, zgodziłem się na koncepcję, by to drużyna wybrała kapitana, co za jakiś czas się stanie. Jeżeli wybór zostanie potwierdzony, to znaczy, że zawodnicy czują się komfortowo w sytuacji, w której tak konkretna osoba nosi opaskę kapitańską. Jeśli nie, to sądzę, że nawet jeśli chwilowo obejmie go smutek i chwila zadumy, to zrozumie wybór, gdyż sam o to prosił, a więc zależy mu na dobru całego zespołu i nawet go to odciąży, jeżeli już taka decyzja zapadnie. Zresztą, pytał, czy nie lepiej, by kapitanem był ktoś grający w polu. I jest to prawda – to lepsze rozwiązanie, mimo, że bramkarz będący kapitanem też ma swoje zalety (bardziej chłodna głowa, gdyż widzi więcej ze swojej pozycji i buduje od tyłu, czyli od obrony). Natomiast kapitan grający w polu ma łatwiejszy dostęp do innych, sam może przejąć na siebie ciężar gry, ma umiejętności zbliżone do większej części drużyny (prócz właśnie bramkarza, który jako jedyny nie jest zawodnikiem z pola, choć oczywiście też może posiadać i tu walory) i wówczas jest to zwiększenie siły ofensywnej.

Oczywiście w razie nieobecności kapitana na boisku, trzeba od razu wyznaczyć, kto ją przejmuje. Prawdopodobnie jednak przeprowadzę głosowanie i w tej sprawie, czyli poproszę o przedstawienie kandydatów na wicekapitanów, lecz po jednym z każdej pozycji (bramkarz, obrona, pomoc, atak; oczywiście bez bramkarza w tym przypadku). Tym samym od razu ustanowię dowódców, a może przyszłych trenerów od każdej pozycji.

Potem trzeba będzie funkcję trenerską oddać jednej lub większej liczbie osób, najlepiej by stworzyć cały sztab szkoleniowy. Wówczas jako prezes roztacza się bezpieczeństwo klubu poprzez zajmowanie się murami piłkarskiego gmachu i załatwianie formalnych spraw. Zastanawia mnie tylko, na ile powierzać na początkowym etapie zadanie organizacji czasu trenerowi/trenerom, którym w pewnym momencie oddam kompetencje. Wydaje się, że przy początkowym budowaniu drużyny należy być jak najczęściej w sposób fizyczny. Dlatego raczej samemu będzie się wyznaczało propozycje kalendarzowe, trener zaś wraz z zawodnikami będzie ustalał, kiedy i gdzie komu pasuje grać. Ten system już funkcjonuje, jedynie trenerów kolejnych jeszcze nie ma.

Wybór trenera nie jest jednak tak łatwy, jak z początku myślałem – niby można powierzyć poszczególne linie najlepszym zawodnikom, po jednym z bramki, obrony, pomocy i ataku. Ale są jeszcze inne kompetencje. Taki zawodnik musi być szanowany, lecz by był cały czas szanowany, musi być również wzorem dla innych. Nie może to być ani ,,Smerf Maruda” ani ,,Umiem, ale mi się nie chce” lub ,,Czemu do mnie nie podajesz?”. To musi być ktoś, kto z jednej strony dobrze czyta grę, sam ustawia się zatem tam, gdzie to potrzebne w trakcie gry i zarazem potrafi się komunikować z pozostałymi oraz wie, czego nauczyć i jak tego nauczyć. Musi zatem sam ciągle się poprawiać, ciągle rozwijać i dostrzegać różne możliwości innych graczy, by dopasować do nich styl, który pozwoli im zarazem rozwinąć się jak najlepiej indywidualnie, jak i wkomponować w ducha zespołu. Nie ma tu miejsca ani na gwiazdorzenie (chyba, że prezes zainwestuje w importowanie Snickersów przed każdym spotkaniem) ani na brak odwagi i pewnej innowacyjności.

Sztab szkoleniowy nie sprowadza się tylko do trenerów od gry. Chodzi także o przygotowanie fizyczne, technikę oddychania, motorykę, dietę, psychologię i inne aspekty. Jeżeli jednak klub nie jest związany z zawodnikami żadnymi płatnymi umowami, nie ma sensu wymagać od zawodników takiej czy innej kondycji i ćwiczeń w domu. Można ich do tego zachęcać, można raz na jakiś zorganizować trening pod tym kątem, czy, jak u nas w przyszłości, zaprosić osoby, które się w tym specjalizują. Jest jednak najważniejsza zasada – najwięcej zrobisz na boisku, nie w warunkach domowych, gdzie np. ciężko ćwiczyć bieg na skos czy w bok, a sama bieżnia lub rowerek ku temu nie wystarczy. Do tego piłka nożna to w końcu gra zespołowa, więc liczą się wspólne reakcje. Nie tylko wspólna gra ciałem, ale i głową. Na boisku trzeba myśleć. Do tego piłka różnie skacze, raz do lasu raz do Pacanowa, a jeszcze rzadziej do bramki. Liczą się zatem przede wszystkim ćwiczenia z piłką lub ćwiczenia związane z obserwacją piłki i zachowań rywali, by odpowiednio się ustawić i w odpowiednim momencie wybiec. Potrzebne jest także ćwiczenie pewnej automatyki rozgrywania. Najlepszą metodą uczenia, moim skromnym zdaniem, jest koncepcja Jose Mourinho. Ale o tym w innym artykule…

Potem warto uruchomić własny kanał informacyjny klubu dla zewnętrznych uczestników piłkarskiego świata. W to najlepiej zaangażować niewiasty przy pomocy mężczyzn w razie konieczności uzupełnienia przekazu o inne walory atrakcyjności. Ważne jest jednak, by zacząć to robić dopiero wtedy, gdy już coś konkretnego będziemy mieli… Nie można się bowiem skupić na marketingu, kibicach, mediach i innych sprawach, póki nie ma kim grać i co konkretnego robić związanego stricte z graniem w piłkę. Sama strona lub profil klubu powinny dawać w świat pozytywny przekaz. Zawodnicy powinni czuć się docenieni, mieć ,,dobrą prasę”. Powinni wiedzieć, że jest choć jedno środowisko medialne, które im sprzyja i daje odpór często nadmiernej krytyce. Do tego media klubowe, jaką znające sytuację wewnątrz, lepiej widzą całokształt stanu i rozwoju danego zawodnika. Nie znaczy to, że nie może być w ogóle krytyki. Może się ona pojawić, ale proporcje pozytywnych słów do negatywnych powinny wynosić minimum 80 do 20. Skupiać się jednak lepiej jest na całym zespole, niż poszczególnych piłkarzach, gdy trzeba napisać coś o minusach. Natomiast pochwały dobrze jest częściej wyrażać w sposób personalny. To podejście wynika z personalizmu Jana Pawła II, w pewnym sensie patrona sportowców, jako że w tej dziedzinie był aktywny, dopóki tylko zdrowie fizyczne mu na to pozwalało.

Warto też zainicjować własny ruch kibiców. Stworzyć grupę, która będzie myślała, jak można wesprzeć naszych chłopaków. Na początku można także samemu jako prezes zasponsorować kilka szalików drużyny, byśmy dumnie wspierali nasze klubowe barwy. Potem poprzez kibiców można organizować wsparcie dla klubu, także to materialne (oczywiście nie przelewy na konto lub grubsze sprawy, by biurokratyczne państwo nie siadło nikomu na głowę, ale np. zasponsorowanie zgrzewki Oshee, piłki czy tego typu drobnych nagród, które motywowałyby gladiatorów piłkarskiej areny).

Jest jeszcze jedna istotna rzecz – mówię chłopakom, że ważniejsze są ich obowiązki stanu, rodzinne, domowe, w pracy, w szkole, na studiach, zdrowie lub inne (np. spotkanie się z przyjacielem, którego nie widziało się od dawna). Proszę ich tylko o uwzględnienie w ich życiowych planach tego miejsca, tego klubu, tego czasu poświęconego rozwojowi drużyny i samych siebie. Pragnę, by na treningi i mecze zawodnicy przychodzili z myślami w głowie: ,,O, wreszcie mogę przyjść tu, gdzie dobrze się czuję i świetnie spędzam czas z innymi”. A odchodzili z tą świadomością, że to dzieło coś im daje, buduje przed wyzwaniami codziennego, szarego życia.

Na razie, z pewnych powodów, nazwy klubu jeszcze nie wymieniam. Na razie podchodzimy do tego na zasadzie próby. Jak projekt dobije do brzegu, który mamy podbić, na pewno będzie można już ujawnić, jak się nazywa. Niemniej, zrobimy to już wcześniej, gdy więcej rzeczy będzie sprawdzonych. Teraz zaczęliśmy kilka miesięcy eksperymentów, testów i próby czasu. Gdy będziemy już wiedzieli, na czym stoimy i czy jest dalsza wola, by to rozwijać, wówczas będą Państwo mogli lepiej nas poznać i wspierać swym kibicowskim zaangażowaniem.

Leave a Reply

%d bloggers like this: